X

Wiejski Głupek

Próbuję znaleźć w sobie mądre słowa. I nic nie przychodzi. Albo jestem głupi, albo coś we mnie pęka. Noc była ciężka. Myśli chodziły po głowie jak zwierzęta zamknięte w zbyt małej klatce. Trułem je powoli. Wieczorem poprzedniego dnia pożegnaliśmy się z Darią.

Albo ona, albo ja.

Tak to wtedy widzieliśmy. Tak to czuliśmy. Jedno z nas musiało zniknąć. Nie będę tu rozpisywał strategii zdrajców, bo to zawsze jest wygodne po fakcie. Każdy może dopisać teorię. Każdy może powiedzieć, że rozumiał mechanizm.

Wynik znacie.

Jest taki film. Wilhelma Sasnala.

„Z daleka widok jest piękny”.

Ten film jest jak otwarte złamanie. Jest bardzo cicho, i to paradoksalnie ogłusza najbardziej, do krwi atakuje bębenki. Pokazuje wieś, ludzi, codzienność, ale pod spodem jest coś ciężkiego, coś brzydkiego – jakaś zglinizna. Przemoc, która nie zawsze musi być fizyczna. Ale to przemoc. Wystarczy. 

Ta gra jest dokładnie taka sama.

Z daleka wygląda jak zabawa. Zamek, kolory, eleganckie stoły, misje, pieniądze. Kamera sunie po trawnikach, po wodzie, po twarzach ludzi, którzy się uśmiechają. Wszystko jest piękne – przecież to telewizja, to marzenia, to ambicje. 

Ale kiedy podejdziesz bliżej, zaczynasz czuć zapach.

Dużo strachu. Zapach kłamstwa, które powtarzane wiele razy zaczyna pracować na końcu języka jak prawda. Ludzki pot – w poprzedniej edycji wygnał Mateusza z Zamku. Mateusz był Lojalnym. 
„W Imieniu Róży” prawda – była ukryta w bibliotece, między księgami. W Pachnidle była zapisana w pośmiertnym stężeniu ciał. 

Tutaj jest w języku.

Każde słowo jest śladem. Pauza tropem. Każde „może” albo „chyba” jest jak kropla krwi na białym obrusie – może stanie się pieczęcią do koperty. 

„Decyzją Zdrajców, zostajesz zamordowany tej nocy”. 

Ogień jest sądem.

Siedzimy przy stole i mówimy. I każde słowo jest jak iskra. Jedne gasną od razu. Inne zaczynają tlić się powoli w głowach innych ludzi. I nagle ktoś rzuca kolejne zdanie, ktoś podaje kolejną interpretację, dodaje historię, której nikt wcześniej nie widział.

I ogień rośnie.

To jest najdziwniejsza rzecz w tej grze. Nie trzeba wielkich dowodów. Wystarczy opowieść. Dobrze opowiedziana historia potrafi spalić człowieka. Może to już Salem? 

Czy to pojebane?

Tak.

I wiem, że wielu ludzi nawet nie wie, kim jest Sasnal. Że robi filmy z żoną Anką. Że mieszka w Krakowie. Ale jego film jest jak lustro dla tej gry.

Z daleka widok jest piękny.

Z bliska widzisz, jak ludzie zaczynają pożerać się nawzajem. Jestem wulgarny. Jestem wściekłością i pomyłką.

Kiedy ogłoszono, że odpadła Daria, coś we mnie się zatrzymało. 

To była jedna z bliźniaczek.
Iza została.

Patrzyłem na nią i widziałem w jej oczach coś, czego nie potrafię dobrze nazwać. To nie był tylko smutek. To było jak nagłe wyrwanie kawałka rzeczywistości. Jakby ktoś odciął połowę jej rozumności i sprawczości wobec tej cholernej chwili, z którą musiała teraz, poradzić sobie sama. 

Wszedłem na to śniadanie pewny siebie. Naprawdę. Miałem w sobie coś z wojownika, który uważa, że rozumie sytuację. Że wie, gdzie stoi.

A potem zobaczyłem Izę.

I poczułem wstyd.

Bo zrozumiałem, że dla mnie to jest gra. Dla niej właśnie skończył się kawałek świata. Nie przestała istnieć tylko uczestniczka programu. Zniknęła jej siostra. Jej najbliższa osoba w tej wielkiej niczym Guliwer niewiadomej. 

Żałowałem, że to Daria.
Naprawdę.

Psychologia tej gry jest dziwna. Człowiek próbuje analizować, planować kolejne ruchy. 
A potem przychodzi moment, w którym nagle przypomina sobie, że to są ludzie. Że każdy z nich ma historię, którą przywiózł tu ze sobą.

To boli.

Po śniadaniu wydarzyło się coś, nieoczekiwanie spodziewanego. 

Powrót.

Darek. Karolina. Ksiądz Rafał.

Ci, którzy zostali pożegnani jeszcze w podróży, nagle wrócili. Zamknięci w klatkach jak postacie z jakiegoś średniowiecznego widowiska. Czyli to jednak Salem? Patrzyli na nas zza krat.

Jeśli wrócą… kto zyska?
Kto straci?

Powiedziano nam jasno: po wykonaniu zadania dwoje z nich wróci do gry. A każdy z nich ma tarczę. Tarcza oznacza, że ktoś zostanie uratowany przed nocnym morderstwem.

I nagle wszyscy zaczęli walczyć.

O ludzi.

Ruszyliśmy.

Chaos. Prawdziwy chaos. Każdy chciał ratować „swojego”. Ktoś krzyczał, ktoś biegł w złą stronę, ktoś próbował dowodzić.

Pierwszy został uwolniony Darek. Drugi – ksiądz Rafał.

Maks był załamany. Liczył na Karolinę. Na jej powrót. Na to, że stanie obok niego i zmieni układ gry. Nie stało się. 

Malwina ogłosiła wtedy coś jeszcze. Rafał i Darek mają immunitet absolutny.

Nie można ich wyeliminować ani przy stole, ani nocą. I nagle ich powrót przestał być tylko wzruszeniem. Stał się potężnym narzędziem w grze.

Zdobyliśmy całą nagrodę. Ale to nie pieniądze były najważniejsze.

Maks od razu podszedł do Darka. Zaczął go „urabiać”. Opowiadał, że jest wykończony psychicznie, że może streścić wszystko, co wydarzyło się podczas jego nieobecności.

Tomek podszedł do księdza Rafała i zaczął opowiadać, że jest „od Wadowic, od Papieża”. Szukał wspólnego języka. Mostu.

Czy to działało? Nie wiem.

W tym samym czasie Wiola zaczęła swoją kampanię.

Powiedziała, że jest świetnym strategiem. Że zarządza ludźmi. Że czyta ich jak książkę. I że dziś powinniśmy głosować na Wojtka.  A jutro na Marcina.

„Ja wskażę wszystkich trzech zdrajców” – powiedziała z arogancką pewnością.

Póki co wskazywała samych lojalnych.

Opowiedziała też o sobie. O sekcie, z której odeszła. O książce, którą o tym napisała. O tej książce jeszcze Wam opowiem. Nie dziś, proszę nie dziś. O dzieciństwie, w którym była gnębiona. Smutne. Wróćmy do gry. 

Może to była szczerość.  A może strategia.

Najbardziej ironiczne było to, że zaczęła namawiać Igora – prawdziwego zdrajcę – żeby głosował na Wojtka. Igor słuchał spokojnie.

Przekazałem tę informację Dorocie. Dorota powiedziała o tym swojemu mężowi.

Tylko że nikt jeszcze nie wiedział, że są małżeństwem. Ja też nie. 

W międzyczasie Darek i Rafał postanowili, że nie zdradzą, komu dali swoje tarcze. Tajemnica i przywilej. Sekret w grze pełnej sekretów.

Przy stole napięcie było już gęste.  Malwina przypomniała nam, że że jesteśmy tu po to, żeby znaleźć zdrajców.

Pierwsza odezwała się Wiola.

Powiedziała, że jest specjalistką od zarządzania ludźmi. I że Wojtek jest „stuprocentowym zdrajcą”. Bo unika kontaktu wzrokowego. Bo ma „odruchy zdrajcy”. Eureka. Królowa motywacji, złota i pierdolenia. 

Poprosiła mnie, żebym ją poparł. Powiedziałem, że na niego nie zagłosuję. Nazwala mnie zdrajcą.

Wtedy odpowiedziałem:

„Przed chwilą powiedziałaś ze stuprocentową pewnością, że Wojtek jest zdrajcą, bo twoje doświadczenie zawodowe pozwala ci bezbłędnie czytać ludzi. A teraz mówisz, że zmanipulował cię gość z Radomia, który kręci omleta? Umiem wykręcić pizzę i zmanipulowałem panią menadżer, która rekrutowała kadry za grube pieniądze?”

W tym momencie nasz sojusz się skończył. Nigdy go nie było. 

Igor ją poparł.

Jarek – mądry wedle swojej własnej miary – powiedział, że Wojtek jest wycofany. Wojtek odpowiedział brutalnie. Że Jarek myśli, że zna się na ludziach, a tylko sprzedaje drinki pijanym i naćpanym.

Potem przeprosił. Czemu? To było zadziorne. Seksowne. Ale jak pedał może tak o policjancie! Może, bo to moje pamiętniki. 

Podejrzenia krążyły jak hieny wokół mięsa. Każdy rzucał kolejne imię. Każdy chciał przetrwać jeszcze jedną noc. Ostatecznie głosy rozłożyły się tak:

Marcin – cztery. Wojtek – pięć. Sebastian – sześć.

Sebastian odpadł. Kolejny lojalny.

Cztery do zera dla zdrajców. Andrzej. Piotr. Daria. Sebastian.

Po wszystkim emocje wybuchły.

Wojtek nazwał Łucję Laleczką Chucky. Powiedział, że kłamała. Dorota – podjudzona przez Mariannę – zaatakowała ją jeszcze mocniej.

„Pokaż łzy. Pokaż łzy.”

Łucja zagrała jednak dobrze. Na tyle słabo, żeby nie przekonać policjantów.
Ale na tyle dobrze, żeby oszukać księdza.

Dostała tarczę. A kto zginie tej nocy? Tego jeszcze nie wiedzieliśmy.

Tylko jedno było pewne.

Kurwa.

To naprawdę jest ciężkie.

Bez chronologii. Śniadanie rozpocząłem od: „Siema skurwysyny” – i kilku innych wulgarności. Zdrowe oburzenia, ciekły z obrażonych genitaliów najczulszej arystokracji. Uprzedzałem to moje pamiętniki. 

Gdyby księżniczka Disneya i bohater z DC Comics mieli romans – to właśnie on byłby owocem tego grzechu.

Owoc.

Taki, który dojrzewa w cieniu palm, ciężki od słońca i soczystości. Tropikalny. Zbyt intensywny, żeby go nie zauważyć. Zbyt kolorowy, żeby schować go przed oczami. 

Sebastian był właśnie taki.

Nie chodzi o tatuaże, ogoloną głowę, ani o stalowy błysk w oczach. Chodzi o coś trudniejszego do nazwania. 

O sposób, w jaki ciało potrafi być deklaracją. O tę dziwną mieszankę siły i miękkości, która sprawia, że ludzie patrzą z łapczywością.

Był jak egzotyczny ptak, który przypadkiem wleciał do chłodnej, europejskiej oranżerii. Kolorowy. Niepokojący. Oczywiście piękny. 

Przykro mi. Piękno w tej grze jest problemem.

Przyciąga spojrzenia. Świecą długo, bezlitośnie, aż zobaczą coś, czego może wcale nie ma.

Sebastian obrał złą strategię. Chciał być cieniem. Chciał się schować. Mówić mało. Patrzeć więcej. Przemykać między rozmowami. 

Tylko jak ukryć się wtedy, kiedy jest się krzyczącym pragnieniem innych? 

Jak być niewidzialnym, kiedy wchodzisz do pokoju i powietrze zmienia temperaturę?

Widziałem to. Nie tylko ja. Kilka spojrzeń, które zatrzymywały się na nim. Kilka cichych westchnień, które ginęły w rozmowach o strategii.

Sebastian był jak zapach, który nie zawsze wiesz, skąd się bierze. Ale nagle orientujesz się, że wypełnia całą przestrzeń.

I właśnie dlatego nie mógł wygrać. 

Patrzyłem na niego przy stole i miałem wrażenie, że próbuje skurczyć się w swojej własnej skórze. Jakby chciał być mniej widoczny, mniej magnetyczny, mniej… sobą.

Nie da się.

Nie z takim ciałem. Spojrzeniem.
Musiał odejść.

Nie dlatego, że był najgorszym graczem.

Po prostu ktoś musiał.

W tej grze czasem nie odpada się za to, kim się jest. Odpada się za to, jak bardzo inni czują twoją obecność.

Ja spierdoliłem. Pewnie w czeluściach głowy chciałbym być nim. Nie jestem. Nie będę. Ależ to żałosne. 

Naprawdę.

Patrzył spokojnie, kiedy zapadł werdykt. W tym spojrzeniu było coś dziwnie pogodzonego. Jakby wiedział, że jego historia tutaj zawsze miała być krótka.

Egzotyczne owoce szybko znikają ze stołu.

Nie dlatego, że są złe.

Dlatego, że są zbyt kuszące, żeby zostawić je na później.

Ja jestem tylko wiejskim głupkiem.

Paweł.

Categories: The Traitors
Paweł Sobierajski:
Related Post