Jestem tylko brzydkim kolesiem z Radomia. Tak, mówię o sobie. Powtarzam mantrę, która ma mnie ustawić w szeregu, przyciszyć, i sprowadzić do poziomu, który jest klarowny dla całej reszty świata. Myślę, że jak sam siebie nazwę tak pierwszy, to inni już stracą przyjemność z przywileju pierwszeństwa. Właśnie w tym jest mój zysk.
Myślę ta „brzydota” to filtr, przez który ludzie widzą mniej, niż jest mnie naprawdę. Może to maska, która działa lepiej niż wszystkie wasze strategie razem wzięte? Żałuję tylko, że Pilch nie zdążył mnie wciągnąć do swoich powieści. Myślę, że pasowałbym tam aż za dobrze. Trochę groteskowy, trochę zbyt świadomy siebie, trochę śmieszny, trochę tragiczny. A może już tam jestem? Rozsiany po kilku jego bohaterach, poskładany z ich słabości, ich ironii, zmęczenia światem i sobą samym. Może. Koniec z przepraszaniem. Za dużo tego było. Za dużo tłumaczeń, wyjaśnień, prostowania każdego zdania i reakcji. Czy ja stoję przed jakąś niewidzialną ławą przysięgłych i próbuję przekonać ludzi, których nawet nie znam, że jestem… no właśnie kim? Lepszy? Wystarczający do lubienia? Że pocieram ten mój nos niczym lampę, w nadziei że pojawi się dżin zrozumienia dla moich zatok, a nie oskarżenie o wciąganie łupieżu szatana – faktycznie rozsądne by to było w tej rozgrywce – utopio, moja miłości. Internet chce mnie albo kochać, albo mnie spalić. Nie ma środka. To taka potańcówka, w której muzyka ciągle zmienia tempo. Raz jesteś bohaterem, za chwilę jesteś błaznem. Raz ktoś cię wynosi, za chwilę ktoś chce cię zgasić. Łatwo się pogubić. Ktoś bardzo mądry napisał mi coś, co zostało ze mną dłużej niż wszystkie komentarze razem: „Przestań sobie umniejszać. To już nudne.” Miał rację. Więc jeszcze raz. Jestem tylko brzydkim kolesiem z Radomia. I byłem w „The Traitors”. Wyrazisty. To wystarczy. A teraz wróćmy do gry. Bo ona nie cierpi zwłoki. Nowe ofiary. Nowi oprawcy. Układ sił zmienia się nieustannie. Sojusze pękają , a uśmiechy zaczynają mieć drugie dno. Słowa są tylko dźwiękiem, intencje słów trudne do odczytania. Jad sączy się powoli. Nadzieja zdycha cicho. Nie ma wielkich momentów. Nie ma spektakularnego upadku. Po prostu któregoś dnia orientujesz się, że już nie wierzysz tak jak wcześniej. W ludzi. W siebie. W to, że można z tego wybrnąć bez blizn. Czy wtedy zaczynasz słyszeć głosy? Nie dosłownie. A może to nie my wariujemy. Może to zamek. Może te ściany naprawdę coś pamiętają. Może coś tu zostało po wszystkich, którzy grali wcześniej. Paranoja. Może to wszystko krąży między nami i tylko czeka, aż ktoś zauważy. Nie wiem czy wciąż to my gramy w grę, czy gra bawi się nami.
To był trudny dzień, w którym wszystko zaczęło się kotłować. Każdy był już zmęczony, ta gra wysysa witalność, zmienia w zombie, odbiera rumieńce i jasny ogląd sytuacji.
Iza. Jeszcze chwilę wcześniej mówiła, że nigdy nie przejdzie na ciemną stronę. Że woli odpaść, niż zdradzić. Brzmiało to prawie szlachetnie. A potem przyszła noc, rozmowa z Wojtkiem i decyzja. Przyjęła propozycję. Została zdrajczynią. Zmienił się układ sił. Naiwnym upadła wiara w deklaracje. W słowa, które jeszcze wczoraj wydawały się ostateczne. Pozwólcie, że przypomnę o grze. Izie wolno było grać, czemu miałaby rezygnować? Czemu miałaby odpaść i zachłysnąć się od tej niezrozumiałej dumy bycia… no właśnie kim? Graj Izo, graj bo potrafisz!
Rano przy śniadaniu zabrakło Kasi. Piękna blondynka. Straciła na chwilę czujność i powiedziała za dużo. Gdybyś Kasiu tylko wytrzymała. Powodzenia, tam daleko. Kasia żyje – to gra. Zgrywam się, tylu tu złośliwców. Puste miejsce przy stole. Krzesło, które nagle ma większe znaczenie niż wszyscy obecni razem wzięci. Zaczynają się rozmowy. Kto ją typował? Co mówiła? Czy coś przeoczyliśmy? Jakie to powierzchowne. Pod spodem zaczyna się niepewność. Głowy już nie mieszczą ogromu podejrzeń, nie ma miejsca na zaufanie.
Misja była jak wyjęta z koszmaru dziecka, które za długo oglądało świat dorosłych. Ogromna statua zdrajcy. Nieruchoma. Patrzyła na nas z góry i czekała, aż zrobimy coś głupiego.
Malwina mówiła spokojnie, jak zawsze: – Będziecie go wysadzać. W lesie siedem skrzyń. W skrzyniach złoto i proch. Na każdej pytanie. Odpowiedzi ukryte tylko w pamięci. W tym, co już przeżyliśmy razem. To było najgorsze. Nie rozwiązywaliśmy zagadek. Musieliśmy używać własnych doświadczeń. Zła odpowiedź – eksplozja. Dosłownie.
Dwadzieścia minut. Czas w tej grze zawsze działa inaczej. Rozciąga się, kiedy się boisz. Przyspiesza, kiedy zaczynasz rozumieć. Na początku próbowaliśmy działać razem. Jeszcze była w nas jakaś iluzja współpracy. A potem ktoś ruszył pierwszy. Kasia i Rafał. Bez konsultacji i bez zgody – cóż. Reszta pobiegła za nimi. Bo w tej grze najgorsze jest zostać z tyłu. Chaos. Krzyki. Domysły. Obłęd. Ale jakoś to złożyliśmy. Dwadzieścia tysięcy złotych. Nie maksimum. Ale wystarczająco.
W zamku czekała niespodzianka. Tarcza. Zdobyła ją Oliwia. Ale musiała walczyć z pazernym Maciejem. Jarek rycersko obronił spokojnego snu Oliwii.
Przy stole zaczęło się to, co zawsze. Polowanie. Imiona krążyły wokół dwóch osób. Kasi. Jarka. Jedno i drugie pasowało. Jedno i drugie miało swoje uzasadnienie. Słowa zaczęły się zagęszczać. I wtedy ja. Poczułem, że coś się nie zgadza. Że kierunek, w którym idziemy, nie jest do końca mój. Że chcę zmienić głos. Powiedziałem to. Za późno. Malwina zatrzymała mnie natychmiast. Nie można. Reguły są regułami. Tomek dorzucił swoje trzy grosze. Że patrzę na emocje. Że chcę zmienić na ostatnią chwilę. Że to nie fair. Może miał rację. Może nie. Może mam to już dzisiaj gdzieś. W tej grze racja i moment rzadko idą w parze. Nagranie pokazało jednoznacznie. Głosowałem na Jarka. Chciałem zmienić na Macieja. Widziałem w nim coś, co mnie niepokoiło. Niewyspanie. Frustrację. Agresję, która pojawia się z każdym domysłem o jego roli innej niż lojalny. Ale decyzja została już podjęta. Głos poszedł.
Jarek – osiem głosów. Kasia – trzy. Maciej – jeden.
Jarek został wypędzony. Stał tam i mówił spokojnie. Rozczarowany. Nie samą grą. Ludźmi. Powiedział, że zawiódł się na drugim człowieku. Znowu. Że chciał pokazać, kim jest. Bez manipulacji. Bez ściemy. Biedactwo. Szerokiej drogi. Bycie sobą nie zawsze jest strategią – ale szanuję Jarku, naprawdę. Siedziałem i czułem coś dziwnego. Nie satysfakcję., ani nie ulgę. Coś pomiędzy. Ja wyszedłem ze stołu bez szwanku. Zastanawiałem się, ile jeszcze takich decyzji przede mną. I czy przy którejś z nich nie spojrzę w lustro i nie poznam tego, co zobaczę. Przeprosiłem Kasię. Zeszłotygodniowy wylew gówna na mnie już nieaktualny? O ironio. Rozmawiałem z Izą. Wtedy zacząłem się domyślać, ona również. Nie mogła mi ufać, ja ufałem, że nie zginę – byłem w sojuszu ze zdrajcami. Podejrzewałem, dzięki Kasi. Na pewność jednak nie było jeszcze szans.
Paweł