„Lot nad kukułczym gniazdem” to historia o systemie, który mówi ci, kim masz być – i co się dzieje, kiedy próbujesz być kimś innym. „The Traitors” działa dokładnie tak samo. Tylko zamiast białych ścian szpitala mamy zamek, reguły i terapeutyczne okładanie się gównem podczas obrad okrągłego stołu i głosowanie – to akurat lubię.
Cóż mechanizm jest prawie identyczny. W powieści Keseya pacjenci są zamknięci w świecie, który udaje porządek. Wszystko jest kontrolowane. Każde zachowanie oceniane. Każda emocja przypisana do kategorii: normalne albo niebezpieczne. W grze też tak jest. Siedząc przy stole czujesz, że każde twoje słowo jest diagnozowane. Każde spojrzenie może być objawem. Jeśli jesteś zbyt cichy, możesz coś ukrywać. Jeśli jesteś zbyt aktywny, możesz manipulować. Jeśli się bronisz musisz być winny. Jeśli się nie bronisz też jesteś winny. Czy to jasne? Nie ma zdrowych. Wszyscy na coś cierpią. Ja też. Ale nie ważne. To nie o mnie. W „Locie…” jest McMurphy. Rewolucjinista, który próbuje rozsadzić system od środka. Śmieje się, prowokuje, przeczy regułom, pokazuje innym, że można inaczej.
W „The Traitors” chyba każdy przez chwilę chce być McMurphym. Może to głupota, ja nim się trochę czuję. Myślałem ja pozostać sobą. Jak nie dać się zwieść tej grze i poszeptom zamkowych komnat. Siadałem przy stole i czułem, jak coś mnie prostuje. Zaczynałem myśleć czy nie powinienem być ostrożniejszy. Czy nie lepiej będzie cedzić słowa. Czy może wejście w role daleką od mojego środka ciężkości, nie będzie rozsądniejsze. Bunt kosztuje. Najbardziej przerażające w „Locie nad kukułczym gniazdem” jest to, że pacjenci zaczynają pilnować siebie nawzajem. Nie trzeba już systemu. Ludzie robią to za niego. W „The Traitors” to samo dzieje się przy stole. Nie potrzebujesz zdrajców, żeby zniszczyć lojalnych. Wystarczy grupa. Wystarczy kilka powtarzanych zdań. Kilka osób, które zaczynają mówić tym samym językiem. I nagle jeden człowiek zostaje wyjęty z tej struktury. Nie pasuje. Jest podejrzany. Trzeba go usunąć. Sprawdzam Cię. Mój błąd kosztował Sebastiana dalszą grę. Błąd innych wygnał Marcina i Piotra.
W powieści jest jeszcze coś. Strach przed wykluczeniem. Pacjenci wolą zostać w systemie, który ich niszczy, niż wyjść na zewnątrz i zmierzyć się z niepewnością. Wolą być częścią czegoś złego, niż być sami. W grze ten strach wydaje się być namacalny. Dlatego powstają sojusze. Obiecujemy sobie rzeczy, których nie możemy dotrzymać. Glosujemy wbrew intuicji. Przecież lepiej być częścią tłumu, który się myli, niż jednostką, która ma rację i odpada. I jest jeszcze jedna rzecz. Prawda. W „Locie…” prawda nie jest czymś, co wyzwala. Jest czymś obciążającym . Czymś, co trzeba czasem zdusić, żeby przetrwać.
W „The Traitors” prawda też nie wygrywa. Wygrywa narracja. Lepsza historia, która ma łatwiejsze uzasadnienie. Bar dalej zjadliwa emocja przy stole. Możesz mieć rację i odpaść, albo możesz się mylić i grać dalej. Ważne jest w co uwierzy większość. „Lot nad kukułczym gniazdem” kończy się brutalnie. System wygrywa. Wybaczcie spoiler. Ale zostawia po sobie szczeliny, przez które wdziera się światło. Widać wtedy cienie ludzi, którzy przez chwilę zobaczyli, że można inaczej. Gra w zamku rozbiera cię powoli. Pokazuje, gdzie jesteś słaby. Na światło dzienne wychodzą momenty, kiedy ulegasz tłumowi. Wychodząc z tej gry, musisz być już inny. Coś na pewno się zmienia. Zabawne są te śniadania. Naprawdę. Te uśmiechy i te powitania, jakbyśmy wracali z seks przygody. Ten blichtr, elegancja, uporządkowany, prawie piękny świat. Emocje są tak skurwiale wstrzymywane.
Dorota. I będzie serduszko.
Dałem jej bransoletkę. Niewielką rzecz, ale dla mnie ważną. Coś, co nie było elementem gry. I co oddałem komuś, komu ufałem. Była dla mnie ważna w tym programie. Po programie też. To się nie zmieniło. Wiedziałem. Wiedziałem, że są razem. Ona i Wojtek. W zaufaniu. Po cichu. Zaufali mi. To dla mnie zaszczyt. Ja też zaufałem im bezgranicznie. Nie żałuję. Chociaż to jest najczystsza forma naiwności w tej grze. Wierzyłem w mokre oczy Wojtka przy śniadaniu. Wierzyłem, że cierpi. I pewnie cierpiał. Bo jest coś nieludzkiego w tym, że musisz podjąć decyzję, która może zniszczyć kogoś, kogo kochasz. Nawet jeśli to tylko gra. Cholerne zasady. Ale to nie zmienia faktu.l, że Wojtek wszedł w rolę zdrajcy perfekcyjnie. Gratuluję.
Boję się siebie w tym programie. Nie tego, że odpadnę. Siebie. Nie lubię siebie na co dzień. To nie jest odkrycie, które przyniósł mi zamek. To coś, co już było.
Ale tutaj wszystko jest wyraźniejsze. Jest maksymalnie podkręcony kontrast. Widzę, jak reaguję. myślę. Zapętlam się w sobie i całym sobą. Czytam teraz komentarze. „Popierdolony.” Dobre słowo. Krótkie. Macie rację. Trafiliście. Tylko że to nie jest całość. To jest jednie fragment. Jedna warstwa. Wierzę, że człowiek nie składa się z jednego przymiotnika. Zostawmy to i wróćmy do gry. Szóste zadanie Malwina powiedziała jasno: pięćdziesiąt tysięcy złotych. Tyle mogliśmy wygrać. Brzmiało dobrze. Zbyt dobrze. Jak każda obietnica w tej grze. A potem zobaczyliśmy górę. Nie była spektakularna. Nie była nawet szczególnie wysoka. Ale miała w sobie coś upokarzającego. Ścieżkę, która nie kończyła się szybko. Ciężar, taki dosłowny, każdy musiał dźwigać swój. Złote monety. Jedna na kurs. Nie można było zabrać więcej. Nie można było przyspieszyć przez spryt. Trzeba było powtarzalności. Wejście. Zejście. Wejście. Zejście. Ciała niektórych zaczynały protestować szybciej niż głowy. Oddech się rwie. Nogi robią się ciężkie. Plecy zaczynają palić. Przestajesz myśleć o pieniądzach. Myślisz o sobie.
Na trasie był przystanek. Niepozorny. Łatwy do przeoczenia, ale nie dla mnie. Tam można było kupić tarczę. Własne bezpieczeństwo. Za wspólne pieniądze. To jest najczystsza forma egoizmu w tej grze. Dotarłem tam. Magda też. Oferta: trzydzieści tysięcy. Ogromna kwota. Więcej nic połowa tego, co mogliśmy wygrać. Liczył się czas. Kto pierwszy, ten decyduje. Byłem pierwszy. I w tym momencie wszystko się zatrzymało. Nie słyszałem już oddechów innych. Nie widziałem góry. Nie czułem zmęczenia. Wziąłem tarczę. Kupiłem ją za trzydzieści tysięcy złotych. Nie swoich. Cudowne uczucie.
Malwina powiedziała spokojnie: Zostaje wam dwadzieścia tysięcy złotych. Reszta przepadła. I dodała coś jeszcze. Że osoba, która kupiła tarczę, działa pod pseudonimem „Łucja”. Niektórzy zaczęli zgadywać. Kto to? Kto się zdecydował? Kto był gotów zabrać tyle pieniędzy dla własnego bezpieczeństwa? Patrzyłem na nich. I wiedziałem, że w tej chwili nie chodzi już o pieniądze. Myślałem o tym, co ta decyzja zrobi z moją pozycją przy stole. Bo tarcza chroni przed nocą. Ale nie chroni przed ludźmi. A ludzie potrafią być dużo bardziej bezwzględni niż zdrajcy. Skłamałem dla solidnego alibi, że licytowałem jedynie 10 000. Zrobiłem to zanim reszta uczestników poznała zwycięzcę licytacji i kwotę. Czy mi przykro? Wcale.
Igorze. Polaryzujesz. Jednych drażnisz, innych hipnotyzujesz. U mnie – masz szacunek. Bez ironii. Twoja gra była jak dobrze nastrojony instrument. Każdy dźwięk na miejscu. Irytowała tych, którzy nie potrafili jej zrozumieć, i obnażała tych, którzy bali się spojrzeć na siebie trochę uczciwiej. Ty siebie lubisz. I to wielu ludzi boli bardziej niż jakiekolwiek kłamstwo. W świecie, w którym wszyscy ciągle coś maskują, ty byłeś spójny. Świadomy. Nie przepraszałeś za to, kim jesteś. Nie tłumaczyłeś swojej obecności. Nie udajesz skromności, której nie czujesz żeby była ci bliska. Jesteś architektem swojej przyszłości. Masz charakter. Budowałeś narracje, układałeś ludzi, przesuwałeś akcenty, manipulowałeś, kłamałeś. Odbierałeś nadzieję, a potem podawałeś ją z powrotem. Bardzo dobrze. Nie pomyliłeś tej gry z rzeczywistością. Nie zgubiłeś się w emocjach. Pamiętałeś po co tu jesteś. To jest rzadka umiejętność. Wielu z nas się pogubiło. Ty nie. Stojąc przed nami ostatni raz, miałeś w oczach coś, co trudno podrobić. Spokój. Ten piękny błysk, pięknych źrenic. I ten uśmiech. Prawdziwy. Nie można ci zarzucić, że nie grałeś. Grałeś. I to była piękna gra. W wielu momentach górowałeś nad nami. Nie tylko strategią. Niech przestworza będą dla ciebie łaskawe. To był zaszczyt stanąć z tobą do tej gry. Gratuluję.
Czas na pokera. Do stołu zasiąść musieli: Oliwia, Wiola, Dariusz i Jarek. Bawcie się dobrze.