Tracę siły.
To nie jest zmęczenie ciała. Czuję coś głębiej. Jakby ktoś powoli odkręcał mi śrubę gdzieś w środku i wszystko we mnie zaczynało się chwiać.
Ciężar emocji robi się nie do uniesienia.
Rozsypuję się.
Wojtek… zawsze będziesz mi najbliższą osobą w tym programie. Zawsze.
To dlatego wszystko boli bardziej, niż powinno.
Poranne śniadanie przyniosło coś, czego nikt się nie spodziewał.
Brak śmierci.
To było pierwsze, co wszyscy poczuli, zanim jeszcze padły słowa i wypełnimy nomy koryto rzeki podejrzeń i spekulacji.
Ta dziwna ulga, która wcale nie jest ulgą. Przecież skoro nikt nie zginął, to znaczy, że wydarzyło się coś gorszego.
Nowy zdrajca.
Nie było nocnego morderstwa, bo ktoś został wciągnięty na drugą stronę.
Wojtek.
Kiedy teraz o tym myślę, to czuję, że uderza we mnie coś między panicznym strachem a kompletną pustką. Jakby ktoś jednocześnie mnie popchnął i odebrał grunt pod nogami.
On odpowiedział na propozycję. Dołączył do nich.
Natalia i Igor spotkali się z nim tej nocy. Już jako trójka. Mała zdradziecka wspólnota, która istnieje tylko w cieniu. Wojtek spodziewał się Igora. To było widać wcześniej. Był przygotowany.
Natalia go zaskoczyła.
To ciekawe, jak działa ta gra. Możesz patrzeć na ludzi codziennie, słuchać ich, analizować… i nadal nie widzieć tego co najważniejsze.
Podczas tej rozmowy Wojtek powiedział coś, co nie daje mi spokoju.
Że od początku chciał być zdrajcą.
Nie potrafię sobie wmówić, że to była improwizacja. Raczej, nie – napewno – decyzja, która dojrzewała w nim od dawna. Może dlatego tak dobrze odnajdzie się po tej stronie. Może dlatego ja czuję się teraz tak… dziwnie.
Wojtek chciał być zdrajcą od samego początku, przede mną test zdolności widzenia ludzi.
Misja przyszła jak zawsze – zbyt szybko.
Powietrze zawsze będzie miało już swój ciężar. Pachniało woskiem, kurzem i czymś jeszcze – czymś starym. Ściany kościoła pamiętały więcej, niż powinny. Kamień oddychał chłodem. Napięcie między nami rozciąga się jak niewidzialna lina.
Na środku palenisko.
Nie płonie. Kamienie zamknięte w szerokiej, metalowej misie, które wyglądają jak fragmenty czegoś rozbitego. Jakby ktoś kiedyś coś tu zniszczył i zostawił ślady by ostrzec następnych. .
Wokół niego stoją świece.
Równo. Ich płomienie drżą delikatnie, jakby reagowały na każde poruszenie.
Pod stopami czerwony dywan. Intensywny, niemal nienaturalny. Ktoś rozlał krew? Krew ofiar zdrajców przykryta elegancją. Stąpając po nim miałem wrażenie, że każdy krok zostawia ślad, nawet jeśli nic nie było widać.
Podnosisz wzrok.
Ściany.
Setki naczyń. Złote, ciężkie, zamknięte. Ustawione na drewnianych półkach, jedna obok drugiej, jak armia milczących świadków. Każde opisane słowem.
Czaszka. Krzak. Wierzba.
Natura. Ręka. Tarcza.
Słowa proste. Wręcz banalne. A jednak tutaj brzmią wysoce poważnie. Jakby każde z nich mogło coś przywołać albo coś zabrać.
Oczywiście nie są tylko dekoracją.
Wyglądają, jakby coś w sobie trzymały. Jakby były pełne historii, ludzkich decyzji, może nawet błędów. Zamknięte szczelnie, żeby nic nie wydostało się na zewnątrz. Ale Wpatrywałem się na nie dłużej, i przyszło do mnie wrażenie, że one patrzą się na mnie.
Czekają.
Cała sala jest symetryczna. Uporządkowana. Każdy element ma swoje miejsce. I właśnie przez to wszystko wydaje się jeszcze bardziej niepokojące. W samym środku tej perfekcji stoją ludzie.
Nieidealni. Rozchwiani.
Pełni wątpliwości.
Ty też.
Czujesz to w ramionach, rezonuje do karku. Napięcie zbiera się powoli i nie ma gdzie uciec. Każdy tutaj wie, że za chwilę padną słowa, które coś zmienią. Może wszystko.
Ogień trzaska cicho.
Świece drżą. Naczynia milczą.
Miałem jedno, bardzo proste pytanie w głowie:
czy to miejsce jest po to, żeby odkrywać prawdę…
czy po to, żeby ją spalić?
Malwina znów ustawiła nas w szeregu i dała cel: dwadzieścia tysięcy złotych i dwie tarcze.
Zagadki.
Seria pytań, które wymagały skupienia i logiki. A my byliśmy wszystkim, tylko nie chłodni. Myślenie w takich warunkach jest niedorzeczną próbą czytania książki w trakcie pożaru.
Mimo to odpowiedzieliśmy na siedem zagadek. To było zadanie szyte na miarę Kasi Brzozy. Była niesamowita.
Czternaście tysięcy złotych.
Dwie tarcze.
Magda. Wiola.
Bezpieczeństwo dla dwóch osób. Reszta znów zostaje wystawiona na noc.
Zawsze jest ta reszta.
Przy stole sytuacja zaczyna się kruszyć.
Zdrajcy są w tarapatach. To czuć bardzo wyraźnie.
Natalia i Igor zaczynają pojawiać się w zdaniach coraz częściej. Śmiało można powiedzieć, że stali się celem.
Ale ta gra nigdy nie spaceruje po linii prostej.
Podejrzenia rozchodzą się jak pęknięcia na lodzie. Nagle pojawia się Marcin. Lojalny. Cichy. Analizujący, albo takiego próbował udawać. Zbyt spokojny dla niektórych.
Igor też jest na celowniku.
Dwa kierunki. Jedna decyzja.
Głosowanie było napięte. Każde imię wypowiadane przy stole miało wagę większą niż wcześniej. Już nie strzelaliśmy na oślep. Każdy próbował trafić.
Najwięcej głosów dostał Marcin.
Dziesięć. Musiał odejść.
Żegnamy kolejnego lojalnego.
Witamy się czułym uściskiem z kolejną pomyłką.
Siedziałem tam i czułem, jak coś się we mnie przesuwa.
Nie chodzi już tylko o przetrwanie.
Ile jeszcze błędów jesteśmy w stanie popełnić, zanim przestaniemy wierzyć we własne decyzje.
Najgorsze, że zaczynasz zdradzać samego siebie.
Boję się o siebie. Wojtek jest zdrajcą. Jest najbliższym mi człowiekiem na tym zamku.
Nie wiem co mogę jeszcze napisać.
O Marcinie napisać nie mogę nic. To nie jest tak, że nie chcę, ale nie mam o kim – nie wiem kim jest Marcin. Kilka kłótni, zdemaskowanie go jako aktora i niecelne strzały, które oddawał, to za mało. Marcin na pewno jest zdolny, wiemy, że jest piękny i niech każdy sam dopisze sobie o nim coś ładnego. Nie idźmy w brzydkie słowa, w których ja się lubuje. Żegnaj Marcinie, szerokiej drogi. Zaklęcie, którym chciałeś nas oczarować nie zadziałało – przykro mi.