Wstyd to jest chyba organ wewnętrzny. Taki dziwny, nienazwany w przemądrzałych dysputach naukowych i atlasach anatomicznych,l ale obecny u każdego. Widać go między żołądkiem, a gardłem – czasem bliżej serca, czasem bliżej odbytu, zależnie od tego, kto cię wychowywał.
Organ, który potrafi jednocześnie truć i leczyć, jakiś pojebany bilans dwóch wykluczających się sytuacji. Ale go kurwa słuchasz. Bo ten organ mówi twoim głosem. Mój mówił długo i namiętnie. Szeptał, syczał, czasem były zrzędzenia i porykiwania. Najczęściej w momentach najmniej spektakularnych – przy drzwiach, przy pożegnaniach.
Pamiętam jedne drzwi szczególnie. Jego drzwi. Stałem w progu i wszystko już było po – nie to, co powinno być, tylko to, co się wydarzyło. Szybko doszedł, dał mi buziaka. Widzę jak jest odwrócony, zakłada gacie, trochę zmieszany, i już nieobecny.
A ja miałem w gardle zdanie, które chciałem z siebie wydusić przez całe to spotkanie: że mi zależy. Proste, śmiesznie proste. I dlatego nie do przełknięcia.
Powiedziałem coś w stylu „to ja lecę”. Jakbym wychodził po jebane mleko. Jakby nic nie było. Jakbym ja tam nie był. Zamknęły się drzwi i zostałem z tym poczuciem przegranej – kolejnej i nie ostatniej. Znowu nie wyszło. Długo to we mnie krążyło, jakby szukało wyjścia, którego mu odmówiłem. Zjebałem to. Bywa.
Ja naprawdę nie umiałem się żegnać. Stałem jak pierdolony debil, jakbym zapomniał języka, którym się posługuję od dziecka.
Cześć”, „na razie”, „trzymaj się”, „chuj ci dupę”
to są przecież banalne dalekie od prawdziwego „czary-mary” zaklęcia. Dostępne dla każdego. A jednak dla mnie były nie do skonsumowania. Nie mogłem przejść z nimi do swobody. I odpuszczałem. Bo organ wstydu zarzucał mi, że moja obecność, że moja cała bytność, ta egzystencja moja, jej słuszność, jest totalnie niepotrzebna. Wstyd jest pracowity. On się nie wyłącza. Działał we mnie w biedzie i w nadmiarze. W pryszczach i w zdrowej cerze. W rodzinie i w jej skurwiałym braku. To jest jego geniusz – on zawsze znajdzie materiał do pracy. Jesteś za biedny? Wstyd. Za bogaty? Wstyd. Masz za dużo emocji? Wstyd. Nie masz ich wcale? Wstyd. On jest dokładny i precyzyjny. Jest uważny, spostrzegawczy. Czujny.
Polski wstyd ma szczególną mutację tego organu. Nasz jest bardziej rozrośnięty, natłuszczony, jakbyśmy go karmili pokoleniami: powstaniami, klęskami, cudzymi oczekiwaniami, spojrzeniami przez firankę. To jest organ, który dziedziczysz jak nazwisko, w posagu, testamentalnie, rodowodowo.
W Polsce ciało jest zawsze gotowe do wstydu. Każde. Grube – bo za dużo. Chude – bo za mało. Stare – bo już nie powinno. Młode – bo jeszcze mu nie wolno. Penis – za mały, za duży, za miękki, za twardy, zawsze nie taki, zawsze mógłby być inny czyli lepszy, do poprawy. Kobieta jest zobligowana być jednocześnie objawieniem i przeprosiną za to objawienie. Ma istnieć, ale nie za bardzo. Powinna błyszczeć, ale nie oślepiać. Jej potrzeby są ważne do momentu, gdy nie zaburzają cudzego poczucia kontroli. Ma być docięta. Dopasowana. I potem te nasze organy wstydu wchodzą w relacje. Siadają między dwojgiem ludzi. Zaczynamy orgietkę. Gryziemy się w język i całujemy w dupę.
Wstyd leczy. Tak, czasem leczy. To jest ta jego druga twarz, ten oksymoron, ten dziwny, ale fakt. Wstyd potrafi nas zatrzymać, kiedy naprawdę robimy komuś krzywdę. Potrafi powiedzieć: „to nie jest twoje, oddaj”, „to boli, przestań”. Mamy problem, który polega na tym, że my w Polsce używamy go jak antybiotyku na wszystkie przypadłości. Do miłości, do ciała, do pieniędzy, do samotności, do pragnienia i do czucia i nieodczuwania. Tłuczemy nim każdy odruch życia z wolnego chowu, aż zostaje nam tylko coś płaskiego, coś bezpiecznego, i zdarza się, że to coś szybko umiera – nie szkodzi.
Potem przychodzi moda na bezwstyd. Wszyscy nagle chcą ten organ wyciąć. Pokazać wszystko, powiedzieć wszystko, być „autentycznym” i transparentnym. „Mam wyjebane” staje się deklaracją wolności, jakby brak wstydu automatycznie czynił cię kimś głębszym. Nie czyni. To jest pułapka. Wpadałem i wpadnę w nią znowu.
Bezwstydnością też można krzywdzić. Bez wstydu można być brutalnym, głupim, ślepym na innych. Bez wstydu można robić dokładnie to samo, tylko bez tej chwili zawahania, która czasem ratuje komuś skórę, na której nie gasisz peta. Zostajemy z tym organem. Chociaż chyba nie zawsze, i nie każdy. Nie da się go wyciąć na dobre, nie jestem pewien, pomóżcie. Myślę, że można go co najwyżej przetrenować. Nauczyć go, kiedy ma się zamknąć, a kiedy jest czas żeby mówił. Odróżnić jego głos od głosów, które zostały nam wdrukowane – przez rodziców, przez szkołę, przez ten kraj, który uwielbia mówić ludziom, jacy powinni być, zamiast zapytać, kim są. Przez ten cały globalny chujustrój – taka nowo brzydko mowa mi wyszła. Ja długo nie odróżniałem.
Dlatego się nie żegnałem. Dlatego się nie zatrzymywałem. Dlatego uciekałem z relacji szybciej, niż zdążyły się wydarzyć. Dlatego piłem, i dlatego się upijałem, i dlatego chciałem się zabić, i dlatego żyje. Mój organ wstydu powoływał we mnie ślepotę poznawczą. Chciałem się dogłębnie zredukować i być niezauważalnym. Później chciałem być wykurwiście jaskrawy. Chciałem zdechnąć i zmartwychwstać. Chciałem pokochać siebie nienawidzić. Tego nie jest mi już wstyd. Taki jestem, byłem, to jest o mnie. Ten organ nie tylko truje. W jakiś sposób przekonuje cię, że sam jesteś dla siebie trucizną. Mija ci życie. Serio, tak po prostu – mija, kurwa ono nam spierdala. W pół gestu, w pół słowa, w pól drogi, w pół miłości. W tym czekaniu na wybór między „chcę” a „nie wypada”. W tych drzwiach, w których stałem i nie potrafiłem powiedzieć najprostszej rzeczy na świecie.
Gdy przestałem pić, zorientowałem się, że byłem bardziej ciałem do ukrycia niż człowiekiem do przeżycia. Jedyne co można zrobić, to nie wycinać tego organu, tylko go skutecznie i perfidnie upokorzyć. Wiedzieć kiedy kazać mu wypierdalać. Zostawić go tam, gdzie jest, ale przestać mu oddawać stery. Czasem naprawdę zajebiście warto zrobić coś wbrew niemu. Pożegnać się. Zadzwonić. Powiedzieć, że ci zależy i być w tym tak luzacko obciachowym. Ja autentycznie wierzę, że jedyną sensowną prowokacją w tym kraju nie jest już bezwstyd. Tylko odwaga bycia widzialnym pomimo tego jebanego wstydu. Z całym tym syfem, nadmiarem, brakiem, ciałem, sercem, głupotą i wszystkim. Niech to w końcu wychodzi z gardła, niech się z nas wypaca, metabolizuje, opuszcza nas.
Bądź ważny. Jesteś ważny. Jesteś dla mnie bardzo ważny. Dobrze było to napisać.
Paweł