
Obiecałem i jest. Bzdurnopis. Nastrój lękowy. Czwartek. Polska.
07:16
Sukces dla Polaka to nie jest żadna amerykańska bajka, żadne „możesz być kim chcesz, wystarczy chcieć”. W Polsce sukces to jebane porównanie. Linijka przykładana do cudzego ryja, do cudzego portfela, do cudzego życia. Najważniejsze, żeby sąsiad dostał sraczki, kiedy zobaczy, że masz nowe auto. Nawet jeśli to auto to leasing, który będziesz spłacał do końca życia. Ważne, żeby ktoś powiedział: „patrz, kurwa, udało mu się”. I nagle całe twoje istnienie nabiera sensu – sensu opartego wyłącznie na tym, że ktoś inny czuje się gorzej.
Sukces w Polsce nie istnieje sam z siebie. On nie ma własnego smaku, nie ma własnego koloru. To nie jest nagroda, to jest ofiara większa niż ofiara tego obok. Tu nie ma: „cieszę się, że mi się udało”. Jest tylko: „ja mam, ty nie masz”. Zawsze kontra. Zawsze zero-jedynkowo: „ja wygrałem, ty przegrałeś”. Dlatego polski sukces jest pusty, nadmuchany, jak balon z dożynek, który puszczasz w górę. Dwie sekundy fajerwerków, a potem tylko niebo i wielka nicość.
A kiedy już go złapiesz, kiedy w końcu masz, to nie robisz z nim nic sensownego. Nie cieszysz się, nie świętujesz. Chowasz go. Chowasz jak złoty medalik na melinie pełnej złodziei. Bo boisz się, że ktoś ci zabierze. Że państwo dowali podatki. Że ktoś powie: „to i tak wszystko na kredyt”. Sukces Polaka to nie radość – to wieczny lęk. To pilnowanie, to stanie na czatach. To życie jak pies przywiązany do płotu, z jedną myślą w głowie: „jak długo jeszcze nie spierdolę tego wszystkiego”.
Sukcesu używamy jak alibi. Jak wymówki. Żeby powiedzieć, że nie jesteśmy przegrywami. Że nie jesteśmy tymi, co zostali we wsi, co stoją pod Żabką w dresie, piją Tatrę i mają w oczach autodestrukcyjny żal. Ale przecież jesteśmy tacy sami jak oni. Tylko mamy lepsze buty, więcej zobowiązań i kartę kredytową na minusie. Różnica polega na tym, że udajemy, iż sukces to „mam”, a nie „tak bardzo chciałbym mieć”.
A prawdziwy sukces? Że mimo wszystko wstajesz rano i otwierasz oczy, i choć przez kilka minut nie myślisz o tym, że nie chcesz żyć. Sukces to bycie, walka, dążenia. Cały Ty jesteś sukcesem.
Nie będzie żadnego pierdolenia o „zmianie systemu”, o „byciu sobą”. Chuj z tym. System i tak cię wyrucha, to pewne jak kolejna zima. Jedyne, co mogę powiedzieć, to: nie spierdol siebie. Bo jak spierdolisz siebie, to już naprawdę nic nie zostanie. Pieniądze ci zabiorą. Samochód się rozjebie. Kredyt cię zgniecie. Ale jeśli nie pozwolisz, żeby zajebali ci ostatni kawałek ciebie – to, że jesteś, że czujesz, że żyjesz z kimś i dla kogoś – to może właśnie to jest sukces.
Bo na końcu i tak wszyscy lądujemy w tej samej ziemi. Jeden z marmurem, drugi z drewnianym krzyżykiem. Ziemia jest sprawiedliwa. Zje nas tak samo.
07:44
Marzenia to te wszystkie rzeczy, które dusiłeś w sobie jak beknięcie w zatłoczonym autobusie. Polska nie jest krajem marzeń. Polska to kraj dyscypliny, moralności, „warto być grzecznym”, „warto się uczyć”. Polska to kraj, w którym „marzenia” brzmią jak obciach.
Ja, dzieciak lat dziewięćdziesiątych, w zafajdanych dresach marzyłem, że będę Sailor Moon. Że będę świecił różowym światłem i jebał ludzi czystą energią prosto z kosmosu. Marzyłem, że jestem księżniczką Disneya, że latam z wróżkami nad głową i śpiewam tak, że trzęsie się ziemia. A potem ktoś mi to wszystko wyrwał z głowy. Nauczyciel, ojciec, ksiądz, społeczeństwo – cała ta chujnia, która powtarzała: „nie bądź pedałem, nie bądź ciotą, bądź normalny”.
Normalny, czyli jaki? Zmęczony, smutny, pijany i wiecznie spłacający raty?
I tak marzenia wpychasz sobie w dupę jak szarą srajtaśmę. Tłumisz, dusisz, udajesz, że ich nie było. A potem budzisz się jako dorosły facet, trzydzieści pięć lat na karku, i myślisz: „to ja miałem być tym, kim jestem?”. No i niespodzianka – jestem pedałem. I nagle okazuje się, że po części odhaczone. Księżniczka Disneya? Może nie, ale mam cekiny, mam darcie mordy, mam swoje „jestem sobą”, które w końcu przestało być frazesem z TED Talka.
I powiem wam, że to zajebiste. Być kimś, kim się bałeś być przez pół życia. Patrzeć w lustro i widzieć nie „normalnego obywatela w garniturze”, tylko siebie. Ze wszystkimi siniakami, ze wstydem, z tandetą i dziwnością.
Wiem, że większość ludzi swoje marzenia zamordowała. Zabetonowała w piwnicy wspomnień. Bo łatwiej żyć bez nich. Łatwiej powtarzać: „trzeba było myśleć realnie”. Łatwiej zadowolić się chujowym małżeństwem i kinem domowym na raty, niż przyznać, że tak naprawdę chciało się być gwiazdą porno, kosmonautą, albo Sailor Moon.
Marzenia nie są po to, żeby je spełniać. Marzenia są po to, żeby przypominały, że jesteś człowiekiem, a nie trybikiem w maszynie. Bo jak zabijesz wszystkie marzenia, to zostaje tylko czekanie na śmierć.
Ja? Nie zostałem Sailor Moon. Nie mam różdżki z księżycowym pyłem. Ale jestem pedałem, jestem sobą. I to jest najpiękniejsza transformacja. Taka, której w Polsce nie tak łatwo przełknąć bez popijania.
Bo życie jest takie: czasem nie dostajesz dokładnie tego, co chciałeś. Dostajesz wersję B. I jeśli masz odwagę tę wersję przyjąć, zamiast się jej wstydzić – to wtedy naprawdę wygrywasz.
07:58
„Warto”. Słowo, które brzmi jak ogłoszenie parafialne, obok którego stoi popiersie papieża. „Warto się uczyć”. „Warto być grzecznym”. „Warto nie dotykać gniazdka, bo cię jebnie prąd”.
W Polsce „warto” zawsze znaczyło: „warto się nie wychylać”. Warto być tym, kim inni chcą, żebyś był. Warto mieć auto, mieszkanie, kredyt do końca życia.
Ale „warto” znaczy też coś innego.
Warto marzyć, nawet jeśli to absurdalne jak bycie Sailor Moon. Warto śnić o różdżce z księżycowym pyłem, nawet jeśli w ręku masz tylko paragon, siatkę ziemniaków i dłoń kogoś, kto budzi w tobie ciepło. Warto, bo inaczej stajesz się śrubką, która zapomniała, że kiedyś chciała być czymś więcej.
I warto wiedzieć, że sukces to nie jest to, co ci wmówili. To nie porównywanie się, nie ustawianie w kolejce. To nie moment, kiedy sąsiad obgada cię zazdrośnie. Sukces to może być to, że masz odwagę być dziwny, śmieszny, księżniczkowy, nieprzystający. Że masz odwagę powiedzieć: „tak, kurwa, to jestem ja, ze wszystkimi plamami, siniakami i chujostwami”.
Bo kiedy się wszystko posypie – leasing, kredyty, marzenia, które utonęły w zmyślonych historyjkach – zostaje jedno pytanie: czy miałeś odwagę być sobą?
I odpowiedź na to pytanie jest jedynym sukcesem, który naprawdę się liczy.
Więc warto. Warto jak skurwysyn.

