X

Oczy szeroko wilgotne

Kiedy byłem dzieckiem zdarzyło się raz, że zjadłem kawałek mydła. Bałem się wtedy, że umrę i bałem się powiedzieć, zjadłem kawałek mydła i boję się, że umrę, bo bardziej bałem się siniaków. Dużo ich było w moim życiu – tych siniaków. Zanim zacząłem uciekać w alkohol, udawało mi się za dzieciaka chować w środku książek, między literkami. Przez chwilę żyłem innym życiem, w innym świecie, w takim bez siniaków.

Czytałem „Dzieci z Bullerbyn”. Tam wszystko było zbyt proste. Zło miało rozmiar zgubionej zabawki, a dramat kończył się kolacją. Było ciepło, jasno, bezpiecznie i nic temu nie zagrażało. Dzieci wierzyły sobie bez zastrzeżeń, a świat był zamknięty w kilku domach, które trzymały się razem jak kolejne puzzle błogiego pejzażu. I teraz siedzę w zamku. I myślę, że to jest jakaś sterydziarska alegoria. Też jesteśmy grupą. Też jemy razem. Też rozmawiamy. Też śmiejemy się – czasem barfzo głośno. Tam dzieci biegały po łąkach. My tutaj biegamy wewnątrz cudzych głów. Tam ktoś coś zgubił i wszyscy pomagali znaleźć. Tutak w zamku ktoś coś powie i wszyscy pomagają to przekręcić i odwrócić bieg. Tam świat był mały i bezpieczny. Ten jest zamknięty i robi się co raz bardziej duszny. Mechanizm jest chyba podobny, tylko znaczenie się zmieniło. Nadal jesteśmy grupą, tylko już nie wspierającą. Nadal jesteśmy blisko, tylko to zaczyna uwierać. Dzieci z Bullerbyn ufały, bo nie znały jeszcze ceny zdrady. My ją znamy. Nikt nie wierzy już nikomu tak naprawdę. Nawet jeśli mówi, że wierzy. Siedzę przy okrągłym stole i mam wrażenie, że to jest ta sama historia, tylko po latach. Jakby ktoś wziął tamten świat, przepuścił go przez dorosłe życie i oddał w stanie, którego nie da się już naprawić. Bez siniaków nie ma Bullerbyn. A bez nich nie ma też tej gry. Czy to dlatego tak dobrze się w niej odnajduję?

Noc przychodzi zawsze – ale nie zawsze tak samo. Ta przypałętała się jakby bez zapowiedzi, nieco zbyt wcześnie – czas nas pogania, gra zmierza ku końcowi. Moje rozklekotane paranoje i lęki siadają obok i wypatrują w oddali momentu, który wcale nie chce żeby nadszedł. Nie chce żeby to się skończyło. Tej nocy padło to jedno pytanie – nieładne, ale gra nie obiecywała być estetką. Zabić czy wciągnąć kogoś w to gówno. Nie ma w tym żadnej filozofii. To nie jest moment na ważenie wielkich słów. Decyzja musi zapaść, trzeba ją poganiać z dna, gdzieś niżej, w brzuchu. Tam właśnie człowiek trzyma strach i wszystko to, czego nie chce nazywać po imieniu.

Imię jednak padło – Maks. Dostał list spisany na czystym, miło pieszczącym opuszki palców papierze. Żałuję, że nie możemy myśleć o tej korespondencji, jakby nic się nie stało. Jakby to była zwykła wiadomość. Niestety, to elegancko zapisany, równym pismem, koniec tej przygody. W tej grze wszystko tak wygląda. Z wierzchu pozorny porządek, spokój, umizgi. Pod spodem – czeluścia pragnień o przetrwaniu, o dalszej grze, o kontynuacji siebie w tej historii. Maks był zaskoczony. Widać to było w odcinku. Chyba każdy na zamku, sobie dopowiadał, że jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden ruch, jeszcze chwila i jakoś się prześlizgnie, nie dziś, a jutro też nie dziś – postawmy znak nieskończoności. Nie prześlizgnął się. Powiedział, że był zagrożeniem, bo rozumiał zasady. I to jest chyba najuczciwsze zdanie, jakie można tu powiedzieć. Kiedy zaczynasz rozumieć za dużo, przestajesz być wygodny. A niewygodnych się usuwa. Bez wielkich tłumaczeń Maks, po co tyle gadałeś? Maks zasłużył na kilka słów, nie wie czy uciszy się, że ode mnie – nie pytam i zgodę. Androgeniczny anioł z dziwnymi oczami. Czemu dziwnymi? Bo to dziwactwo to diament w kolii nudnego świata . Maks… jesteś wyjątkowy. Typowałeś, grałeś, walczyłeś o tarcze, bo grałeś i naprawdę było mi smutno gdy musiałem dokończyć śniadanie bez ciebie. Nie uważam, że w tych obecnych inkarnacjach mamy szansę na obopólną sympatię powyżej uprzejmości – ale wznoś się ponad szarość. Maks… jesteś wyjątkowy – tak, to powtórzenie.

Misja. Dom lalek. Trudno będzie mi napisać mądre rzeczy. Już samo wspomnienie budzi we mnie coś nieprzyjemnego i nie wiem jak traktować ten fragment dalej. Te wspomnienie, które powinny być ciepłe, są skrzywione, słyszę w odcinkach to co wtedy, w tamtym czasie nie było mi dane usłyszeć. Naiwny byłem – nie żałuję tej naiwności. Przyspieszmy. Śpiew puszczony od tyłu. Głosy dzieci, które brzmiały ale nie nic nie oznajmiały. Obco. Jedni słuchali. Drudzy próbowali to złożyć w całość. Zawsze tak to wygląda. Ktoś coś mówi. Ktoś inny próbuje zrozumieć. Ktoś trzeci dopowiada resztę.

Tak powstaje historyjka, która następnie może zacząć żyć własnym życiem.

Dwie piosenki. Czternaście tysięcy. I zmęczenie, które wchodzi pod skórę. Byłem zmęczony. Wszystkim i każdym i sobą również. A potem stół. Zawsze ten sam. A jednak za każdym razem inny. Ludzie siedzą, ale to już nie są ci sami ludzie co na początku. Coś się na pewno się w nas zmieniło. Niewyspanie, izolacja, podejrzenia, to wszystko się kumulowało. Moje ADHD i trzeźwość, moja tęsknota i irracjonalna niechęć przed powrotem do życia. Cały ja, i cały ja w tej grze.

Magda. Sześć głosów. Wstaje. I widać, że coś się w niej łamie naprawdę. Bez kontroli, całkowicie pozbawiona dystansu. Łzy, których nie da się zatrzymać. Mówi, że jest lojalna – smutne. Już nic z tego nie wynika, zdrajcy wyszli bez szwanku. Nikt nie wierzy? Co za brednie. Sześć głosów wierzyło.

Prawda nie zawsze wystarcza. Tu trzeba jeszcze umieć ją sprzedać. A jak nie umiesz, to przepadasz. Magda mówi, że straciła wiarę w ludzi. Trudno się dziwić, przecież przegrała, a ona wiarę w ludzi ma tylko gdy ich pokonuje. Często jesteś wygarną Madziu? Przy tym stole dzieje się coś, co trudno potem rozbroić w swojej mocy. Zaczyna się patrzeć inaczej. Ja nie słuchałem tego, co ktoś mówi. Słuchałem tego, co może za tym stać i czy jest to mi przydatne w przetrwaniu.

Maciuś oskarżył, mówiąc, że nie chce oskarżać: ale mówiłeś, że Magda na pewno jest zdrajcą. Oj Maciuś, a Ty wziąłeś kredę i napisałeś – czy muszę coś wyjaśniać? Komformizm dawno strzelił sobie w skroń, odratowany, pozostaje w paraliżu i to właśnie Twoja strategia. Wróćmy do Magdy.

Najgorsze przychodzi później. Nie wtedy, kiedy ktoś kłamie. Tylko wtedy, kiedy przestaje to robić wrażenie. Na początku jest opór. Człowiek się wkurza, buntuje, czuje, że coś jest nie tak. A potem to mija. Ktoś płacze – myślisz: gra czy nie gra. Ktoś się tłumaczy – myślisz: prawda czy dobrze opowiedziana historia. Zorientowałem się, że to już nie jest do cofnięcia, ta zmiana we mnie. Magda ma talent, jest piękna, inteligenta i po dzień dzisiejszy w swojej potrzebie zrozumienia tamtej chwili – wściekła. Najbardziej na mnie. Dobrze. To mnie posila. Karmi mnie bezkaloryczną goryczą. Mnie wtedy nic nie pękło. Nic nie runęło. Po prostu się przestawiło. I siedziałem przy tym stole trochę spokojniejszy, trochę chłodniejszy. Wiedziałem już, że w tej grze nie chodzi o to, kto ma rację.

Tylko o to, kto zostanie do końca.

Paweł

Categories: The Traitors
Paweł Sobierajski:
Related Post