„Polska, gdyby nie wszystkie gatunki socjalistów, PiS, PO, SLD, PSL, Gazeta Wyborcza i TVN”
Sławomir Mentzen zrobił sobie selfie w Dubaju i napisał coś w stylu: „Polska, gdyby nie socjaliści”. Klasyka gatunku. Browarniany Kartezjusz z TikToka, filozof od kapsla i kursu walutowego, właśnie odkrył, że kiedy wykastrujesz demokrację, wytrujesz prawa człowieka i zatkasz ludziom mordy betonem, to wykres PKB sterczy jak fiut Korwina po Viagrze – nasz dumny, twardy i całkowicie oderwany od rzeczywistości Sławek.
To selfie to esencja Mentzena: uśmiech cwaniaka z twarzą napuchniętą etanolem i samozadowoleniem, a w tle Dubaj – miasto zbudowane z potu niewolników, kości migrantów i absolutnego zakazu zadawania pytań. Metropolia, w której wolność słowa kończy się szybciej niż okres próbny w korporacji na warszawskim Mordorze, ale za to świecą się szkła, marmury i konta bankowe. Wszystko smagane policyjnym batem jak w tanim pornolu z dominami, tylko że bez safewordu. Są pieniądze z ropy, więc reszta ma się zamknąć. W Polsce Mentzen miałby krew i kał – i to własne. Libertarianin w miejscu, gdzie wolność kończy się na bramce lotniska, a „wolny rynek” znaczy: zapierdalaj i nie pytaj. Niech sobie to wytatuuje na brzuchu, obok loga browaru.
Mentzen opowiada o wolności, stojąc w monarchii absolutnej – jakby kaznodzieja moralizator trafił na nielegalną orgię masturbacyjną ze zwierzętami. Miejsce, gdzie kobieta jest dodatkiem do mężczyzny jak pilot do telewizora, robotnik z Azji bywa tańszy niż żwir, a wolność słowa istnieje tylko wtedy, gdy mówisz to, co zatwierdził pan z kastetem wysadzanym diamentami. To oporowy oksymoron – jakby weganin zachwalał rzeźnię, bo na drzwiach wisi plakat Strajku Kobiet. I konfederacyjna groteska, i kraje arabskie mają ze sobą więcej wspólnego, niż Mentzen kiedykolwiek przyzna: kontrola nad kobietami, moralizowanie ciał, regulowanie życia prywatnego, fetysz własności, zachłanność jako cnota i święte przekonanie, że bogaty jest lepszym człowiekiem, silny to ten słuszny, a prawo istnieje po to, żeby jebać biednych, słabszych i kobiety. Do tego folwark we łbie – pan ma zawsze rację, reszta ma zapierdalać i całować but. Mentzen marzy o Polsce jak Dubaj: szklane fallusy w krajobrazie, zerowa demokracja i pełna kontrola nad mięsem.
Wiadomo nie od dziś, że Mentzen nie jest żadnym rewolucjonistą. To piracka formuła kalkulacyjna z ego wyjebanym w kosmos i mózgiem pracującym w na pirackim CD. Ten gość, nie dowiózł żadnego realnego projektu, za to dowiózł kult własnej twarzy.
Z wytrwałością Don Kichota ucieka od odpowiedzialności jak od podatków, a jego „program” to gra Saper na Windowsie 95 – nostalgia dla chłopców, którzy jeszcze nie wiedzą, że życie to nie tutorial. Chłopców, którzy dorosną i uwierzą, że Ayn Rand była ekonomistką, a nie prorokinią sekty dla bogatych socjopatów. Jego postulaty są jak jego selfie: gładkie, puste, zawsze oderwane od kontekstu i napierdalane pod lajki. Państwo bez podatków, bez usług publicznych, bez odpowiedzialności – za to z pełnią władzy bogatych. Polska jako Dubaj bez ropy. Leje się piwsko i leje się żony. Gratulacje, geniuszu.
Potomek „wszystkiego, co polskie”, narodowiec z warzelni, leci do Dubaju – symbolu wszystkiego, co antypolskie: braku demokracji, braku wolności, braku solidarności, braku godności pracy – i sprzedaje to jak utopię. Mentzen to nie wolnościowiec. To mały cwaniak marzący o wielkim folwarku, w którym on jest panem, a reszta ma trzymać mordę na kubeł, pracować i nie zadawać pytań. Pusty łeb, złota sceneria i jedna wielka ściema. Dubaj jest dla Mentzena idealny, bo Dubaj nie pyta – a on pytań nienawidzi. Pojebały mu się pojęcia jak kabelki w przedłużce: wolność z bezkarnością, rynek z wyzyskiem, państwo z folwarkiem, a polityka z autopromocją. Fantazja prawiczka o władzy nad światem i kobietami. Dno. Beton. Weź spierdalaj.
Paweł Sobierajski