Wtorek, 23 grudnia, godzina 18:35 – niedługo wychodzę na wieczorny spacer. Ciekawe czy napierdala zimnem.
Zamiast wspólnoty – test normy. Zamiast miłości – zasługi. Polska Wigilia to nie tylko rytuał religijny, ale społeczny mechanizm, który od lat reprodukuje przemoc, wykluczenie i milczenie.
Przy śnieżnobiałym obrusie uczymy się hierarchii, wstydu i zamykamy mordę. Wigilia nie resetuje systemu, wręcz przeciwnie – ona go utrwala. Co roku, bez wyjątku, pod hasłem miłości i tradycji.
Środa, 24 grudnia. Wigilia. Obudziłem się wcześnie rano, chciałem to dla Was napisać.
Polska kocha tradycję w kolorach jaskrawej patologii. Kocha ją ślepo, bez czytania ulotki dołączonej do opakowania. Nie działają red flagi i ostrzeżenia „może zabić”. Tradycja w tym kraju przestała być pamięcią wspólnoty i stała się narzędziem dyscypliny. Jest batem. Kagańcem. Albo smyczą.
„Bo tak było zawsze” to najkrótsze zdanie, którym da się zamknąć usta, wyłączyć myślenie i usprawiedliwić dowolne gówno. Działa szybciej niż rozum, skuteczniej niż współczucie i prościej niż elementarna przyzwoitość. A my, jako społeczeństwo, kochamy siłę. Nawet jeśli jest głupia, brutalna, no i nie musi być zrozumiała.
Wigilia była kiedyś świętem spotkania. Teraz jest egzaminem z lojalności kulturowej. Sprawdzianem, czy znasz reguły i czy potrafisz je wykonać bez mrugnięcia okiem. Czy kobieta stoi przy garach i potrafi być wdzięczna. Czy dzieci siedzą cicho, prosto i wiedzą, że ich zdanie jest zbędne. Czy facet przyniósł wystarczającą ilość flaszek, żeby móc się legalnie urżnąć – bo dziś mu wolno. Czy pies wie, gdzie jego miejsce. Najlepiej na łańcuchu. Hierarchia musi być widoczna.
I czy przy stole nie ma nikogo zbyt innego. Zbyt miękkiego. Zbyt niejednoznacznego. Jeśli jest – zaczyna się naprawa. Najpierw żart. Potem pogarda. Na końcu milczenie. I to nie są przypadkowe reakcje. To jest wysoko rozwinięta technologia przemocy.
Pamiętam jedną Wigilię z moim ex. Kuchnia w bloku z wielkiej płyty, zaparowane okna, karp szczelnie zawinięty w folię, od dawna nie żywy. Wujek mojego byłego rzuca przy stole: „A widzieliście, co te pedały znowu wymyślają?”. Cisza. Ktoś się śmieje. Ktoś udaje, że nie słyszał. Ja też milczę. Jem barszcz – był łajdacko kwaśny. Nie psuję atmosfery. Ten moment trwa trzy sekundy i ustawia cały wieczór. Ktoś właśnie przegrał, nawet jeśli nie siedzi przy stole – no ale ja siedziałem.
W Polsce tradycja usprawiedliwia wszystko. Dosłownie i systemowo. Usprawiedliwia marginalizację kobiet, bo „takie ich miejsce”. Usprawiedliwia znęcanie się nad zwierzętami, bo „to tylko pies”. Usprawiedliwia nienawiść wobec mniejszości, bo „normalność trzeba chronić”. Usprawiedliwia skrajnie prawicowe odpierdalanie, które jeszcze kilka lat temu było nie do przyjęcia, a dziś wchodzi do mediów, pcha się do parlamentu i próbuje wypełnić domy jak gaz.
Bez pierdolenia, hasła o „gazowaniu”, „wypierdalaniu”, „eliminowaniu” nie spadły z nieba. To nie jest wypadek przy pracy, tylko produkt wychowania w kulturze wstydu i tresury emocjonalnej. Polski parenting jest wypchany religijnym strachem i paranoją dziedziczoną jak choroba genetyczna. To długi proces, w którym człowiek drastycznie traci na wartości, jednocześnie zaczyna być „zagrożeniem”, „ideologią”, „problemem do rozwiązania”.
Jeszcze tej nocy ludzie będą bredzić o miłości. O narodzinach dziecka. O nadziei. Obrzydliwe jest to, że w tym samym zdaniu potrafimy mówić o niewinności i jednocześnie planować, kogo wykluczyć, uciszyć i społecznie zabić. To dziecko, które dziś jest symbolem czystości, jutro – jeśli okaże się nieposłuszne wobec normy – zostanie wybebeszone z godności i bez litości. Przy pełnej akceptacji otoczenia i prawnej obojętności. Taki jest model działania.
Kiedyś były tu rytuały pogańskie. Brutalne, niedoskonałe, ale osadzone w ciele, w cyklu, w realnym doświadczeniu życia i śmierci. Potem zastąpiono je monoteizmem opartym na winie i strachu. Religii, która nauczyła Polaków, że człowiek jest z definicji brudny, a miłość trzeba sobie wypracować cierpieniem. Że kara to forma troski. Że piekło to skuteczne narzędzie wychowawcze.
Problem w tym, że się zagalopowaliśmy i to piekło wdrożyliśmy lokalnie. Diabłów nie ma gdzie szukać – wszystkie wyszły na powierzchnię. Do domów. Do szkół. Do parafii. Do internetu. Do wigilijnych stołów. Polska stała się krajem permanentnego karania: za bycie sobą, za odstępstwo, za słabość, za inność. Bez przerwy. Bez amnestii.
Wychowanie ustąpiło miejsca tresurze. Życie od narodzin biegnie równolegle ze strachem, zawstydzaniem i warunkowaną miłością.
„Będę cię kochać, jak będziesz normalny.”
„Nie rób nam wstydu.”
Efekt jest zawsze ten sam: albo wyrosną ludzie złamani, klęczący całe życie przed autorytetem, albo ludzie agresywni, którzy muszą komuś dojebać, żeby poczuć sprawczość. To jest linia produkcyjna fabryki POLSKA.
Wigilia nie jest żadnym filmowym momentem pojednania. To coroczna reprodukcja przemocy przy śnieżnobiałym obrusie. Reset systemu i jednoczesne jego utrwalenie. Święta tylko update’ują to samo gówno. Wszyscy czują, że śmierdzi, ale nikt nie otwiera okna. Bo zimno. Bo tradycja. Bo babcia. Bo po co się wychylać. Bo po chuj to wszystko.
Chciałbym, żebyśmy dziś usiedli do stołu – nie, kurwa, nie okrągłego, bo to podobno postkomunizm, a my przecież tak strasznie boimy się wszystkiego, co nie pachnie przemocą i władzą – tylko zwykłego, koślawego, z obtłuczonym rantem, i żebyśmy zanim otworzymy gęby, zamknęli je na chwilę. Żeby zamiast:
„ale schudłaś na tych studiach”, „ty to dalej bez dziewczyny?”, „ja byłem w twoim wieku to nie było takiego popierdolonego tego świata”, padło jedno zdanie, które nie kaleczy: „dobrze, że jesteś”.
Nic więcej. Marzy mi się, żebyśmy na moment obudzili w sobie to dziwne, dla niektórych podejrzane współodczuwanie – z lekarką gnojoną za uratowanie życia pacjentki, z każdą żywą istotą, której jakiś system wierzeń odebrał duszę, a ludzie do dziś nie potrafią oddać elementarnej godności. Żebyśmy, zamiast licytować się w druzgocącej dezinformacji o wojnie na Bliskim Wschodzie i rosyjskiej rzezi na Ukrainie, po prostu zamilkli i w środku, bez kamer, bez racji, bez racjonalizacji, życzyli sobie, żeby to się skończyło. Żebyśmy przestali udawać, że tak strasznie interesuje nas ślub dwóch mężczyzn, i zajęli się własnym małżeństwem, w którym uczucie gaśnie w przemocy i pogardzie. I żebyśmy, zanim się przeżremy, wylądujemy z pełnymi brzuchami na kanapie, odpinając guzik od spodni i włączając Kevina, spojrzeli na to puste miejsce przy stole i zaprosili do niego każdego, kogo dziś się boimy, kogo nienawidzimy, kogo nie rozumiemy, kim gardzimy. Nie po to, żeby się zgodzić. Po to, żeby przestać zabijać się w milczeniu. Popatrzmy sobie w oczy, nie odrywajmy od siebie wzroku.
Wspólnota została pomylona z posłuszeństwem, a miłość z kontrolą. Jeśli tradycja wymaga, żeby ktoś był poniżony, uciszony albo wykluczony – to nie jest tradycja, tylko najczystsza przemoc. Tylko dla ocieplenia skurwienia, zapakowana w papier z aniołkami.
Nie polecam rozpakowywać. To trzeba rozjebać.
Wciąż 24 grudnia. Jeszcze kilka godzin i rozpocznie się orgietka z pretensjami, życzeniami i będą prezenty. Niektóre trafione, a inne takie, że trafia kurwica. Czasem bez prezentów. Po chuj okazja?
Nie życzę. Bo z życzeniami bywa jak z nosem wciśniętym w cudze jutro: niech będzie tak, jak ja chcę, jak mnie wygodnie, jak mnie uspokoi. Ale ja nie chcę nikomu niczego wpierdalać w jego rutynowy krwiobieg. Niech krew krąży po swojemu.
Więc nie-życzę. Nie życzę ci szczęścia – bo szczęście jest kapryśne, przychodzi bez zapowiedzi i wychodzi bez pożegnania. Jakby nawet nie znało Twojego imienia. Nie życzę zdrowia – bo zdrowie potrafi być tyranem, każe stać prosto, oddychać pełną piersią i udawać siłę, kiedy w środku wszystko jest zajebiście słabe i trzęsie się i żyjesz w ciągłym dniu po nieprzespanej nocy.
Nie życzę spokoju – bo spokój zbyt często jest ciszą po kolejnej rezygnacji, po tym, jak już nic nie znaczy, bo wszystko zostało oddane. Zamiast tego – proszę.
Proszę o odwagę. Tylko nie taką sceniczną, nie z cytatem na koszulce. O odwagę która rano wstaje, stawia stopę na zimnej podłodze i rusza w nowy dzień. Uważność. Cichą. Która widzi więcej niż oczy i nie ma potrzeby mieć zawsze racji. I czułość dla siebie. Zwłaszcza wtedy, gdy jesteś dla siebie ostatni, gdy mówisz do siebie gorzej, niż do obcych ludzi. Nie rób z siebie szmaty. Nawet jeśli świat bardzo by chciał.
Bo to, co dla nas najważniejsze, nie przychodzi z zewnątrz. Nie spada z nieba. Nie przyjeżdża kurierem. Nie ma metki, instrukcji obsługi ani daty do spożycia. Najpiękniejsze rzeczy są charyzmatami wnętrza.
Nie są do oklasków. Nie są do zdjęć, ani do relacji w insta. Odnajduje się je po omacku, czasem po latach, w miejscach, gdzie było wstydliwie, ciasno albo zajebiście ciemno i nikt nie obieca że teraz będzie lepiej.
Możesz ich w sobie poszukać. Możesz je obudzić. Możesz z nich korzystać bez pytania kogokolwiek o zgodę. I możesz się nimi dzielić – nie jak jałmużną i nie jak dowodem własnej wartości.
Dzielić jak informacją. Suchym faktem. Łamanym językiem, brudnym ale autentycznym. Podaniem ręki, która nie udaje, że ma moc władzy nad swoim życiem. Bo komuś może dziś zabrakło czegoś więcej.
Więc nie życzę. Bo niczego od ciebie nie potrzebuję.
Chcę tylko, żebyś pamiętał: to, co w tobie najcenniejsze, już tam jest. Nawet jeśli teraz wygląda jak gówno warte nic. Nie zesraj się od oczekiwań, którymi sam siebie bombardujesz. Czasami powiedz sobie kojące: pierdolę to. Możesz i warto. Wolno ci również czuć wkurwienie na świąteczne pierdolameto i kurwochorały – mam tak samo jak Ty.
Paweł Sobierajski