Coraz częściej pojawiają się takie momenty, kiedy patrzę na ekran i nie czuję złości – bynajmniej nie. To jest dziwne, ciężkie zażenowanie, jakby ktoś próbował opowiadać o uczuciach, drapiąc się po jajach.
Tak się czuję, gdy myślę o tym zjebaństwie – materiale z Rosji wrzuconym na Kanał Zero, firmowanym szerokim jak szpagat striptizerki uśmiechem Krzysztofa Stanowskiego.
I nie, nie mam problemu z tym, że dziennikarz gdzieś pojechał z kamerą. Dziennikarze jeżdżą w różne miejsca świata. Problem zaczyna się wtedy, gdy świadomość i rzetelność wobec sytuacji biorą urlop na żądanie. Nagle świat robi się w jakiś pojebany sposób symetryczny, a z wojny da się zrobić plener do impresji o „zwykłych losach, zwykłych ludzi”. Strasznie śmierdzące, narracyjne gówno.
Mam wyjebane w estetykę ujęć i w to, czy ktoś zadał miłe pytanie przypadkowemu przechodniowi. Rozpierdala mnie, że za tą „zwykłością” stoi dyktatura psychopaty prowadzącego brutalną wojnę – bombardowane miasta, porywane dzieci, niszczone regiony, najczystszy planowany i realizowany według tego planu mord. Materiał dzieje się w kraju agresora, ale ciężar tej agresji nie jest fundamentem opowieści, tylko ledwo słyszalnym echem. Zamiast informacji dostajemy znieczulenie – dziennikarskiego „głupiego Jasia”. Czy jest na sali lekarz? Szczerze wątpię.
Największy problem nie polega na tym, że ktoś pokazał Rosję, tylko jak ją pokazał. Kolejne państwo na mapie: ludzie, sklepy, ulice i żołnierz, który „też ma emocje”. Super. Tylko że ten żołnierz jest częścią machiny prowadzącej wojnę napastniczą. Jeśli ten fakt nie wybrzmiewa jasno, tylko rozpuszcza się w wygładzonym tle, widz dostaje wygodną historyjkę. Gładką. Bezpieczną. Idealną do obejrzenia przy kolacji z dzieciakami.
I tu jest coś głęboko zaburzonego. Wojna jest brudna, krwawa, chaotyczna i okrutna. Tymczasem oglądam obraz kraju, który tę wojnę prowadzi, i prawie nie czuję jej ciężaru. Jakby ktoś przefiltrował tragedię przez pieluchę z tetry. Wszystko widać, ale jakoś ładniej, bardziej strawnie. Kurwa, przecież wojna nie jest strawna.
Można zasłaniać się hasłami o „pokazywaniu różnych perspektyw” i „oddawaniu głosu ludziom po drugiej stronie”. Tyle że nie ma tu dwóch równorzędnych racji. Jest agresor i jest ofiara. Jest państwo, które wjechało czołgami, i państwo, które się broni. Sprzedawanie tego jako „różnic narracji” nie jest obiektywizmem, tylko nachalnym estetyzowaniem przemocy.
I jasne, nikt w materiale wprost nie powiedział, że wojna jest dobra. Tylko że w tym przypadku brak sprzeciwu działa z siłą jasnego przyzwolenia. Widz nie żyje w próżni. Chłonie proporcje, ton i miejsca na akcenty. Jeśli więcej miejsca dostaje „zwykłe życie” niż kontekst zbrodni państwa, proporcje zaczynają się niebezpiecznie rozjeżdżać. A razem z nimi rozjeżdża się mapa faktów.
Wystarczyłoby kilka twardych punktów odniesienia: jasne przypomnienie, kto jest agresorem; dopowiedzenie, że „zwykłość” toczy się równolegle z wojenną machiną; nazwane wprost zbrodnie. Bez tego zostaje miękka opowieść o ludziach, nad którą unosi się wojna, ale jakby gdzieś daleko, za mgłą.
Dlatego reakcje były ostre – i słuszne. Staliśmy się świadkami oswajania obrazu państwa prowadzącego wojnę. Medialne: „wojna wojną, ale życie toczy się dalej”. No właśnie jest ogromny problem.
Za Kanałem Zero od początku ciągnie się kłopot z granicą między „niezależnością” a brakiem odpowiedzialności. Niezależność mediów nie polega na tym, że wszystko wolno pokazać w dowolnych proporcjach. Czasem odpowiedzialność polega na tym, żeby czegoś nie wygładzać, nie symetryzować na siłę, nie dialogizować na siłę i nie dopychać, naiwnych tłumaczeń kolanem, żeby gdzieśmy upchnąć.
Stanowski ma ogromny zasięg i zaufanie swoich odbiorców. Zamiast jasnego komunikatu: to jest wojna i tu nie ma symetrii, dostaliśmy spacer po Rosji we mgle, która zasłania najważniejsze fakty.
Przekroczono niewidzialną, ale bardzo realną granicę. Granicę między próbą zrozumienia świata a jego niebezpiecznym rozmiękczaniem. Zamiast głosu dostaliśmy głośny pierd z brązowym kleksem na gaciach.
Paweł Sobierajski