
Zanim przewiniesz dalej, zatrzymaj się na chwilę i sprawdź, kogo dziś nienawidzisz. Bo jeśli jeszcze nie wiesz – ktoś zaraz ci go wskaże. Wróg to najtańsze ćpanko narodowe: działa natychmiast, uzależnia błyskawicznie i viva la vida – totalna napierdalanka.
A my od lat bierzemy go na pusty żołądek.
Wtorek, 13.01. Godzina 19:34. Dużo śniegu napadało. Stawiam ostatnie znaki w Bzdurnopisie. To trudny tekst. Trudny dla mnie. Dla Was też chyba nie będzie łatwy – nie wiem.
Środa już 14.01. Szybko ten czas mija. Chwilę temu były święta. Godzina 09:14, ale ty czytasz to po 20:00. Magia.
Polak bez wroga zaczyna się chwiać. Najpierw w kolanach, potem w głowie. Jeśli nie ma nikogo do nienawiści, zostaje tylko odbicie, a w nim nie stoi naród ani historia. Stoi człowiek z opuszczonymi gaciami i przekrwionymi ślepiami. Duch w zmęczonym ciele, klejącym się od wymiocin po przyzwoitości. Życie już dawno straciło nadzieję, na sens. Wróg jest jak poręcz na krętych schodach – bez niego można się wypierdolić. Można wybić zęby – zawsze lepiej komuś, niż sobie.
Bez wroga ta cała opowieść o wyjątkowości od razu się sypie. Odpadają złote ramy, znika mit, rozprasza się fatamorgana o wielkiej dumie. Zostaje strach przed przegraną, która niestety już się wydarzyła, ale nikt tego nie ogłosi przecież publicznie. Jest też wstyd – w sobie, po cichu. Czujemy się bezradni – to uczucie tak stare, że przechodzi z pokolenia na pokolenie jak choroba dziedziczna.
Wróg jest ulgą. Jest skrótem. Jest tanim środkiem przeciwbólowym, który działa szybko i niszczy wątrobę, ale kogo to obchodzi. Wróg to kojąca setka kolorowej, wypita przed wejściem do klatki. Ale jest obawa, że tym razem ktoś wyczuje, gdy tylko wrócimy do atrapy naszego funkcjonowania. Wróg sprawia, nie trzeba się zastanawiać. Nie trzeba nic rozkładać na części. Nie trzeba opatrywać ran – nic nie będzie szczypało. Nie będzie strupa, nie będzie swędzenia. Wystarczy wyciągnąć palec wskazujący i powiedzieć: to przez nich. Wróg zbiera wszystko, w czym nie chcemy się babrać – gniew, frustrację, fobie przed byciem chujowym. Jest zbiornikiem na nasienie naszych nieudanych żyć.
To żadna tajna intryga, ani teoria spiskować. To działa jak fizyka. Najpierw codzienność robi swoje: praca wysysa, zamiast budować. Boli rwa kulszowa – jest niebezpiecznie blisko dupy. Przestajesz rozumieć czym są ambicje – brzmią obco. Relacje kończą się szybciej, niż zdążą się zacząć. Państwo istnieje w podatkach i karach. Kościół nie przynosi ulgi, tylko multiplikuje kolejne powody do wstydu. Rodzina nie daje schronienia, bo sama stoi na krawędzi, jeden krok to już przepaść. Człowiek się kurczy. Zwija w embrion jakby chciał się ochronić przed ostrzałem. Zamieniamy się w zautomatyzowany zbiór funkcji: zakupy, opłaty, awantury, sen.
W którymś momencie pojawia się myśl, której nie wolno wypowiedzieć: może problem jest we mnie i to ja jestem spierdolony.
Ta myśl musi zostać natychmiast zneutralizowana
Odpowiedź przychodzi sama, gotowa, nic nie trzeba sprawdzać: to nie ja, to oni.
Odpalamy fabrykę wroga. Taśma idzie gładko. Najpierw wszystko, co w nas słabe, brudne i wstydliwe, wypychamy na zewnątrz. Własny strach nazywamy „zagrożeniem”. Własną bezradność „upadkiem cywilizacji”. Potem jest wściekłość, której nie wolno wylać na realne źródła – władzę, system, kasę, Kościół – spływa na tych, którzy są najbliżej. Oni nie będą krzyczeć. Takich wolno nam przecież przycisnąć do ziemi. Nie spuszczaj wzroku. Patrz przed siebie. Nie patrz na nich.
Wróg nigdy nie jest przypadkowy. Wróg musi pasować do ręki. Musi być wygodny i łatwy w użyciu.
Jest kobietą, bo przestała być tłem. Bo mówi głośno, czego chce, i czego nie chce. Bo nie zgadza się już na rolę amortyzatora męskich frustracji. To wywołuje panikę. Bo jeśli ona nie jest podporządkowana, to nagle nie bardzo wiadomo, kim jesteśmy my – samce, potomkowie Adama. Łatwiej więc zrobić z niej problem. Stworzyć wroga. Histeryczkę. Rozpierdalaczkę. Coś, co trzeba ustawić przepisem albo pięścią
Jest Unią, bo Unia przypomina, że są reguły. A reguły od zawsze były dla nas zamachem na wolność kombinowania. My lubimy żyć w półcieniu, w szarej strefie, gdzie wszystko da się „ogarnąć”. Kiedy ktoś mówi „tego nie wolno”, natychmiast musi stać się okupantem.
Jest uchodźcą, bo nie ma twarzy. Można mu przypisać wszystko. Gwałt, terror, pasożytnictwo, nawet koniec świata. Idealny straszak dla ludzi, którzy sami boją się wyjść poza własną dzielnicę. Jest ekranem, na którym wyświetlamy własne paranoje.
Jest Żydem, bo antysemityzm w Polsce to odruch. Coś jak kaszel u palacza. Wraca zawsze, gdy trzeba komuś przypisać winę. Nawet jeśli Żyda nie ma, i tak się go znajdzie. W głowie. W dupie. W nieleczonej obsesji.
Jest osobą LGBT, bo ich istnienie rozszczelnia prosty porządek świata. Jest zbyt jaskrawo, za dużo kolorów – jeśli czegoś nie czujesz to znaczy, że to dewiacja. Trzeba to wypruć, wypalić świętym ogniem bestialskiego zidiocenia.
Jest lekarką, która ratuje życie kobiety, bo stawia ciało ponad dogmat. A dogmat w tym kraju bywa świętszy niż człowiek. Kto wybiera życie, musi zostać ukarany. Wina okazuje się ważniejsza od istnienia.
Jest Ukraińcem, bo jest blisko. Bo pracuje obok. Zuchwale przypomina, że wojna dzieje się naprawdę. Ludzie zdychają. Nie chcemy wojny. Chcemy kozła ofiarnego. Potrzebnego, ale pogardzanego.
Całość spina jedno zaklęcie, jak coś powtarzanego z intencją bliską modlitwy:
to nie ja. To oni.
Nie umiemy mówić o bólu. Nie mamy do tego słów. Więc mówimy nienawiścią.
Nie umiemy powiedzieć „jest mi źle”, więc drzemy mordę „jebać ich”. To prostsze. Nie trzeba być wtedy odważnym. Można naiwnie ignorować własną słabość.
Ja też to znam. Ja też czasem wolę mieć wroga niż spojrzeć w swoje puste miejsca. Zbyt często się do tego nie przyznaję. Wrogość bywa łatwiejsza niż uczciwość wobec samego siebie. Ta świadomość mnie kurewsko psuje. Trawi mnie od środka jak zgaga. To chyba wstyd z własnej małości.
Wróg daje złudzenie sensu. Chwilową ulgę. Poczucie, że nie jest się samemu w tym oceanie gówna. Nic tak nie łączy jak wspólna nienawiść.
Tylko że każdy nowy wróg to kolejny kawałek człowieczeństwa wyrwany bezpowrotnie. Na końcu zostaje już tylko strach, pogarda i cisza – taka, której nie da się zagadać żadnym „oni”.
I tak od pokoleń śpiewamy tę samą pieśń. Coraz głośniej, coraz bardziej fałszywie. Wyprostowani jak do hymnu.
Doskonale wiemy, że od dawna, metodycznie, z jasną intencją i przekonaniem, rozpierdalamy samych siebie.
Paweł Sobierajski

