X

Czekam żeby przeprosić, proszę

Dzisiaj będzie długo. Potrzebowałem tego, tej obszerności. Chciałem żeby mój emocjonalny striptiz nabrał rozmachu i chciałem się wypisać.

Wtorek 14.10, rok bieżący. Godzina? Chwilę po 09:00. Wyspałem się.

Czekanie stało się najpopularniejszą, dziejową baśnią rodzimą. Bez smoka, żadnych bohaterów, tylko kraina, w której wszyscy żyją w stagnacji i czekają, aż smok zdechnie kiedyś sam.

Neurotyczna polska mitologia – nikt nie ruszy, nikt nie zabije, nikt nie uratuje księżniczki, ba, nawet swojej własnej dupy. Zawsze: „lepiej poczekać, samo się zmieni”.

Czekanie to legenda o kraju, w którym zawsze „jutro będzie lepiej”, tylko to jebane jutro nigdy nie następuje. Każde pokolenie opowiada to samo kłamstwo: że trzeba cierpliwości. I lepszych ludzi, i lepszego czasu, i kurwa cudu. I tak się toczy mozolnie to żyćko – w wiecznym zawieszeniu, jakby życie było przedsionkiem do czegoś świętego, co dawno już uleciało, ale może wróci? Może.

Czekanie to polski przekład średniowiecznego modłu o cuda i urodzaj. Wszyscy stoimy, gapimy się w niebo, a tam nic – żadnego światła, żadnej odpowiedzi. Chuja widać, właściwie to nawet jego nie.

Ale czekamy, bo przyjęło się – jak 200 ml przed pracą – że nie czyny, a wytrwałość to prawdziwa cnota. Wygodnickie brednie.

Objawi się tylko to, że masz w kręgosłupie zrost od stania w miejscu i głowę wolną od marzeń i ambicji.

Czekanie jest już narratorem miejskich legend.

Ktoś wygrał w lotka, ale nagrody nie odebrał. Ten jeden „wróci kiedyś z Niemiec i otworzy warsztat”. Ten pojebany rząd „w końcu coś naprawi”.

Czekanie to największe gówno, jakie sobie wkręcamy, żeby nie przyznać, że nie wiemy jak, i nawet nie chcemy wiedzieć, nie mamy chęci, żeby się ruszyć.

Nikt nie żyje, każdy czeka. Na cud, na wojnę, na koniec świata, byle coś się w końcu stało. Samoistnie. Bez wysiłku, żeby nie poszedł na marne, gdyby wyszło inaczej, niż zakładano.

Nie widzę w nas życia — my chcemy, żeby coś nas ruszyło z zewnątrz. Jakby ktoś miał przyjść i wcisnąć przycisk „Start” na naszym zjebanym istnieniu. Żeby to cholerne jestestwo nabrało rozpędu, pochłaniało doświadczenia, zapamiętywało mijane krajobrazy doznań.

Czekanie to nasze wspólne kłamstwo. Uświęcone, powtarzane, braterstwo krwi i spoczynku.

W kościele się czeka, w urzędzie się czeka, w pracy się czeka, w życiu się kurwa czeka.

Czekanie jest naszym cielcem.

I nie ma w nim ani łaski, ani miłosierdzia.

To bożek, który tylko patrzy, jak rośniesz w martwym miejscu i udajesz, że coś w tobie dojrzewa.

Jest w nas dziwny paraliż, niemoc, skurcz, gdy tylko pomyślimy, żeby być ruchem, żeby dokonać, żeby uczynić coś, by ten zjebany widok za oknem był ładniejszy. Czekamy, aż ktoś nas pokocha, aż coś się w nas naprawi, aż ktoś za nas zrobi to, na co sami nie mamy pierdolonych jaj.

Czekanie to w Polsce najcichsza forma samobójstwa — powolna, społecznie akceptowalna i powielana, nawet w pewien sposób estetyczna.

Nie ma krwi, nie ma krzyku, jest tylko bezruch. Nadal nic. Jest to jebane zdanie, które słyszymy od zawsze i zostajemy z nim na zawsze: „Jeszcze trochę, poczekaj.” Kurtyna.

Nadal wtorek. Godzina 17:14. Rok pozostaje bez zmian. Nie wyjebałem się na rejs w czasie. Szkoda.

Nie ma czegoś takiego jak wybaczenie. To tylko słowo, którym uspokajamy się, że gniew w końcu mija. Wielki chuj i nic. Gniew się nie psuje. Żyje razem z nami. Czekasz. Cierpliwie. Jak debil, aż coś złagodzi ból, aż świat sam wyprostuje swoje jebane, krzywe linie. Nie wyprostuje. Nie ma komu.

Nikt nie wstaje rano z myślą: „dzisiaj komuś ulżę”. Każdy ma swoje gówno, każdy dłubie w swoim ropiejącym żalu.

Nie wybaczamy zdrady. Ani tej, kiedy ktoś cię rucha, ani tej, kiedy ktoś cię sprzedaje za plecami, ani tej, kiedy ktoś mówi, że „nie chciał cię zranić” — jakby intencja była pierdolonym dżinglem.

Zdrada to coś, co zostaje w ciele. W gardle, w żołądku, w tym, jak śpisz. Zdrada to język, którym zaczynasz mówić sam do siebie. Nie wybaczamy, bo się przyzwyczajamy do bólu. Bo ból daje sens. Bo jak nie boli, to co jest, kurwa, dalej? Nie chcesz sprawdzić.

Nie wybaczamy miłości. I nie mam na myśli czegoś, co się skończyło, tylko to, że ktoś udawał, że ktoś obiecał nam, że zostanie. Nie wybaczamy, że ktoś przyszedł, otworzył w nas wszystko, a potem wyszedł, zostawiając przeciąg.

Nie wybaczamy sobie, że uwierzyliśmy w te jebane deklaracje. Nie wybaczamy, że daliśmy się rozebrać do emocjonalnego naga i zostaliśmy z tym.

Nie wybaczamy państwu. Bo jak, kurwa, wybaczyć systemowi, który widzi w tobie pionek na planszy do kolejnych ruchów? Nie wybaczamy policjantom, urzędnikom, lekarzom, sądom — tym wszystkim, którzy mają władzę mówić „proszę poczekać”.

Nie wybaczamy, bo za tym „proszę poczekać” zawsze stoi ktoś, kto już dawno wie, że nie warto.

Jesteśmy frajerami. Naiwni głupcy. Nie wybaczamy, bo każdy papier ma większą wartość niż cokolwiek w nas żywego.

Nie wybaczamy historii. Nie wybaczamy Niemcom, bo zabili. Nie wybaczamy Żydom, bo przypominają, że też byśmy zabili. Nie wybaczamy Rosjanom, Amerykanom, komukolwiek. Bo łatwiej jest trzymać nienawiść, niż zrozumieć, że niczego to nie zmieni.

Nie wybaczamy, bo historia to nasz narodowy narkotyk — ciągle wjebujemy sobie to samo gówno z przeszłości, ale już nie wiemy, co jest teraz.

Nie wybaczamy obcym. Nie wybaczamy UFO, bo nikt nas jeszcze nie porwał, nie wybawił, nie wytarł tej pieprzonej pamięci. Nie wybaczamy teoriom spiskowym, ale też ich potrzebujemy, żeby uwierzyć, że coś nas trzyma razem – choćby paranoja.

Nie wybaczamy własnej głupoty, że nadal to łykamy.

Nie wybaczamy przyjaciołom. Nie wybaczamy kłamstw, które były wygodne. Nie wybaczamy tym, którzy mieli być po naszej stronie, a stali się publicznością. Nie wybaczamy, że ktoś zrobił z naszej tragedii treść na stories, z naszej rozpaczy, kurwa, anegdotę do wina i deski serów.

Nie wybaczamy sobie. Że byliśmy naiwni. Że zamilkliśmy. Że woleliśmy udawać spokój, zamiast rozpierdolić całą tę scenografię codzienności i wykrzyczeć, że nas to pierdoli.

Nie wybaczamy sobie, że się daliśmy. Nie wybaczamy sobie, że zrobiliśmy to samo innym.

Nie wybaczamy, że dalej oddychamy i nie potrafimy się zabić tym wszystkim, co w nas takie chujowe i zniszczone.

Wybaczenie nie jest, kurwa, łaską.

Nie ma w tym niczego oczyszczającego i subtelnie podniecającego. Wybaczenie to jawne upierdolenie śmiałym ruchem – dekapitacja kawałka siebie, żeby reszta mogła przeżyć. Nie ma w tym nic romantycznego. To nie katharsis.

Nie ma tu światła, nie ma Boga, nie ma nowego rozdziału. Jest tylko cisza po eksplozji.

Wybaczenie to burza, która przeszła i nie wiadomo, czy coś jeszcze stoi. Nie robisz tego dla świata. Nie robisz tego dla winowajców. Robisz to, żeby nie musieć codziennie słuchać w głowie ich głosu.

Wybaczenie to ostatni akt odwagi, zanim człowiek zamieni się w ruinę. Nie wybaczamy, dopóki mamy siłę nienawidzić. A jak już nie mamy – to nie dlatego, że wybaczyliśmy, tylko dlatego, że nie mamy siły, żeby dalej żyć tym gniewem. Może to dziwny fart. Nie wiem.

Nareszcie środa, nie ważne która godzina. Pizga za oknem. Nie lubię zimna. Wkurwia mnie.

Prosić to w Polsce jest, kurwa, rudy wstyd.

Jak do chuja się przyznać, że coś ci nie wyszło, że nie masz, że nie dajesz rady? Musisz, kurwa, dawać radę. Zawsze. Choćbyś zdychał, trzymał się życia pazurami, wisząc nad przepaścią, choćbyś miał puste oczy – głębokie i czarne. Nie proś, bo ktoś ci to potem wypomni. Nie proś, bo cię wezmą za słabego. Nie proś, bo ktoś powie, że sam jesteś sobie winien.

To proszenie jest jak wojeryzm. Ludzie patrzą, jak życie cię gwałci. Dławisz się porażkami jak kutasem.

Mówisz, że potrzebujesz, a i tak nikt cię nie rozgrzeszy. Jesteś dziwką — każda porażka to nowy alfons. Tu się kombinuje. Wszystko „jakoś się załatwia”. Możesz się wstydzić, że nie masz, ale nigdy nie prosisz. Prośba to ostatni stopień upodlenia, przed tym, jak zaczniesz zapijać się z całej tej nikogo nie obchodzącej rozpaczy.

Prosić – to powiedzieć światu, że nie jesteś samowystarczalny.

A my od pokoleń udajemy, że jesteśmy. Wszystko sami. Nigdy nic nas nie złamie. Wszystko jest, kurwa, pod kontrolą. Nawet gdy wszystko się sypie.

Rodziny się rozpadają, dzieci nienawidzą rodziców, ludzie się tłuką o byle co w komentarzach, a starzy umierają w domach, bo nie mieli odwagi poprosić o pomoc. Bo nie chcieli być ciężarem.

Bo przecież „nie będę nikomu zawracał głowy”.

Prośba w naszym kraju to akt niewyobrażalny, niepojęty, absurdalny – już w kontekście samej myśli, samej wątpliwości, że mógłbyś poprosić.

Zrobisz to raz, a już masz na plecach wypisane: „Nieudacznik.” Sam się stygmatyzujesz. Wpierdalasz się w znakowanie przegranego. Kiedyś myślałem, że to kwestia dumy. Że może mamy w genach to nasze polskie milczenie, te zaciśnięte zęby, tę głupią ambicję. Ale to pierdolenie. Kierujemy się najprostszym i najbardziej paraliżującym strachem.

Boimy się, że nikt nie odpowie.

Że powiesz „pomóż”, a usłyszysz echo. Że wyciągniesz rękę, a nikt jej nie złapie.

Słabość to trochę trędowatość, dziwny rodzaj brzydoty. Prosić – to się obnażyć.

Zdjąć pancerz, pokazać mięso, ranę, kurwa, miejsce czułe i nadwrażliwe. A my jesteśmy przecież tak kurewsko pancerni. Tu każdy udaje, że nic go nie rusza. Że da radę. Pierdolcie się, ja nie potrzebuję.

Nie potrafimy prosić o miłość, bo się boimy, że jej nie dostaniemy. Nie potrafimy prosić o przebaczenie, bo wtedy trzeba by przyznać, że zrobiliśmy coś źle.

Nie potrafimy prosić o pieniądze, bo to ujma. Nie potrafimy prosić o spokój, bo przecież zawsze trzeba zapierdalać. Nie potrafimy prosić o życie, bo nie wierzymy, że kogokolwiek to nasze jebane życie obchodzi.

Znasz ten moment: ktoś stoi obok, chcesz coś powiedzieć, ale język nie idzie, nie ma impulsu.

Słowo „proszę” to najcięższe słowo w języku polskim.

Waży tyle, co betonowa kula przy nodze.

Łatwiej iść na dno. Bo „proszę” to nie tylko prośba. To przyznanie się, że jesteś człowiekiem.

A my się tego boimy. Boimy się, że ktoś zobaczy w nas miękkie, nieokrzesane coś, co potrzebuje drugiego człowieka.

Czasem myślę, że my, Polacy, jesteśmy jak te psy z łańcucha, co już dawno mogłyby uciec, ale stoją przy budzie, bo tak się przyzwyczaiły. Nie proszą o wolność, nie szczekają. Stoją. Cicho. Patrzą.

Jakby chciały, żeby ktoś to zrobił za nie.

A jak ktoś się zbliży – to warczą.

Bo jak całe życie milczysz, to potem nie umiesz już mówić. Nie umiesz prosić.

Prosić to oddać kontrolę, a my mamy pierdolca na punkcie kontroli. Nie chcemy być winni, dłużni, zależni. Chcemy być królem własnej klatki.

Choćby w tej klatce nie było powietrza. Choćbyśmy się w niej dusili. Bo lepiej umrzeć, niż poprosić.

I właśnie dlatego jesteśmy tacy samotni.

Nie przez rząd, nie przez historię, nie przez wojnę.

Przez to, że nie potrafimy powiedzieć drugiemu człowiekowi: „Potrzebuję cię.”

Bo jakbyśmy to zrobili, to może coś by się w końcu zmieniło. A my wolimy, żeby wszystko zostało po staremu. Poczekamy, kurwa. Cierpliwie.

Cisza, twarde miny, święty spokój i zaciśnięte gardła.

Nie potrafimy prosić. Bo ktoś kiedyś wmówił nam, że proszą tylko słabi. A my, jak te durne, zmęczone zwierzęta, wolimy zdechnąć z godnością, niż przeżyć z wyciągniętą ręką. Bo co, jeśli poprosisz, ale nikt nie odpowie? Każdy będzie zbyt zajęty udawaniem, że sam tej pomocy nie potrzebuje.

Środa, godzina 23:04. Chyba chce mi się płakać.

Wszystko zaczyna się od proszenia.

Żeby nas ktoś kurwa zobaczył. Żeby nie bolało tak bardzo. Żeby pękło wreszcie szklane niebo, bo już nie ma czym oddychać. Potem czekamy – jak zjeby, z rozłożonymi rękami, z oczami wlepionymi w horyzont, który za nic ani drgnie. A gdy nic się nie dzieje, uczymy się nie wybaczać. Zamieniamy serca w użyteczne pompy, gniew w paliwo, samotność w zbroje. Słowo „proszę” staje się upokorzeniem, czekanie chorobą, wybaczenie przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Więc stoimy. Wszyscy. W tym samym kurwognoju, z różnymi świństwami w głowach, z innym „jutro” dla każdego.

I tylko czasem, przez sekundę, przychodzi myśl, ukłucie pod żebrami: może wcale nie trzeba już czekać, wolno spierdolić, bo prosząc o pomoc, już wszystko będzie nam wybaczone. Sekunda minęła. Przykro mi.

Ale mamy teraz czwartek, godzina 22:32. Dobrze, że właśnie tak mogę zakończyć ten tekst.

Życie to nie jarmark cudów. Najzwyklejszy spożywczak na osiedlu – czasem się trafi świeża, cieplutka bułeczka, innym razem promocja na jogurt z cwelowym terminem, ale „jeszcze się nada”. Kiedy słyszysz, że „będzie dobrze”, to znaczy, że albo ktoś nie słuchał, co mówisz, albo sam ma gorzej i chce się poczuć lepiej twoim kosztem.

Ale! – i tu jest ta pokrzepiająca część – mimo całego tego syfu, to jednak się jakoś trzymamy. Bo my, człowieczki, mamy we łbach coś sympatycznie pojebanego: umiemy się śmiać z gówna, w którym stoimy po kolana. Potykasz się, wypierdalasz, lądujesz na czworaka, w pozycji, której nie zna żadne porno, a zamiast beczeć, myślisz: „No kurwa, przynajmniej nie łeb.” I to jest nasz wyjątkowo dobry rodzaj zen.

Potrzeba nam tylko ludzi, którzy umieją powiedzieć: „Stary, ja też dziś nie mam siły, ale jebać i srać na to, poudawajmy, że mamy plan.”

Bo serio, każdy czasem ma ochotę po prostu wyjść z życia: po cichu, bez pożegnania, zostawiając syf w toalecie. Ale potem przychodzi ten mały moment – może psiak spojrzy na kupa-siku, może dziecko coś palnie, może ktoś zadzwoni, że zgubił ładowarkę i kurwa, okej, chyba jest znośnie.

I wtedy wiesz, że jednak warto. Nie dlatego, że będzie „piękniej”, tylko dlatego, że jutro znowu ktoś cię wkurwi, a ty będziesz mieć o czym pogadać.

Bo jak to mawiała Czubaszek: „Życie jest krótkie, więc lepiej się śmiać, zanim się zesrasz ze smutku.”

Więc śmiej się. Nawet jeśli kurewsko boli, nawet jak masz ochotę krzyczeć, że masz dość. Bo wszyscy mamy. Ale póki możemy rzucić choć jedno zdrowe „kurwa” z przekonaniem, póki możemy przewrócić oczami na bzdury tego świata – to znaczy, że jeszcze jest o co się siłować.

A jak już wszystko cię wkurwia, pamiętaj:

nawet najgorszy dzień kończy się spankiem.

A jutro znowu będzie można powiedzieć światu:

„No to, kurwa, powtórka, lecimy.”.

Jesteś wyjątkowym człowiekiem, zajebistym, ważnym. Masz piękne imię. Wyjątkowe. Tutaj zostawiam miejsce dla Ciebie ………..

Ściskam

Wasz Paweł Sobierajski

Categories: Bzdurnopis
Tags: Bzdurnopis
Paweł Sobierajski:
Related Post