Dwadzieścia ostatnich lat mojego życia, z małymi przerwami, przepierdoliłem na głupoty. Chujowo, że piłem – na ostatniej prostej nawet bardzo dużo.
Trzeźwy jestem od niespełna 6 miesięcy. Nie mogłem podarować sobie bardziej wartościowego prezentu. Żałuję, że tak późno – a może to jest ten właściwy moment? Widzisz bo usłyszenie siebie, powiedzenie sobie, przyznanie przed sobą: „Siema, jestem alkoholikiem” jest pierdolonym himalajskim Mont Everestem. Nie chcesz przecież być żulem. Diagnoza alkoholizmu w Polsce wciąż jest bardzo bezkształtna i nabita po brzegi stereotypami. Może dlatego gdzieś za zakrętem spierdoliło mi z oczu tyle lat życia.
Człowiek to tylko forma przetrwalnikowa. Nie mam potrzeby mówić. Ale coś trzeba. Tylko „coś trzeba” to już nie jest wystarczający powód.
Budzenie się to nie dramat, raczej bezgłos. Świat każdego ranka otwiera lodówkę, patrzy na moje ciało i mówi: „O, jeszcze się nie zepsuło.” I zamyka drzwi. Kurtyna.
Najbardziej nienawidzę tej jednej myśli, która pojawia się między stanem zawieszenia a przebudzeniem: „Znowu.” Znowu muszę być. Znowu muszę udawać strukturę. Znowu muszę zamieszkać w sobie, chociaż dla siebie, sam w sobie już dawno nie mieszkam. Moje życie to teraz tylko ciasny hotel robotniczy jaźni, bez ogrzewania, z oknami i widokiem donikąd, bez potrzeby.
Nie ma już bólu. Ten etap dawno się skończył. Ból to przywilej ciepłych organizmów. Ja jestem już po stronie temperatury laboratoryjnej, gdzie nie rosną bakterie. Gdzie nie ma nic, co mogłoby się rozłożyć – bo wszystko już dawno się rozłożyło.
Wewnątrz mnie krąży ciecz do przechowywania organów przydatna w transplantacji – przezroczysta, jałowa, medycznie chłodna. W takich warunkach nie rozwija się już żaden impuls. Żaden zryw. Żadne „chcę”.
Samotność bywa nadal bolesna. Jest jak światło LED – świeci, ale nie grzeje. Jesteś otoczony ludźmi, a i tak jesteś zamrożonym materiałem biologicznym. Ciałem bez tkliwości. Twarzą bez grymasu. W tej izolacji nie ma już lęku. Tylko wyciszona trwoga, która wyparowała razem z emocjami.
Czasem próbuję się ratować. Zakładam kurtkę z poczucia humoru, buty ironii, wychodzę na miasto. Uśmiecham się. Mówię: „Hej, co tam?”. Ale to nie jest już rozmowa. To jest taki jakby – protokół bezpieczeństwa. Jakbyśmy wszyscy byli potencjalnie zakaźni dla siebie nawzajem. Kontakt pozorowany. Głos modulowany. Życie inscenizowane.
A potem wracam i znowu kładę się na łóżku. Nie spać. Po prostu leżeć jak preparat.
Nie chcę się zabijać. Ale nie chcę też dalej. Chcę zniknąć metodą suchą, chłodną, najlepiej administracyjną. Jakby ktoś mógł anulować mój PESEL i wszystko by się wymazało. Bez świadków. Bez konsekwencji. Po prostu: był i nie ma.
Człowiek to tylko forma przetrwalnikowa. Przetrwalniki są po to, żeby kiedyś wrócić do życia.
Ale ja już nie mam do czego wracać. Nawet wspomnienia mnie nie grzeją. Już nawet nie kłamią. Są niczym diabelsko profesjonalne fotografie z miejsca zbrodni – całkowicie pozbawione intencji.
Nie chcę być zrozumiany. Nie szukam wspólnoty cierpienia. Chciałem tylko powiedzieć, że można oddychać i nie czuć powietrza. Można się ruszać, choć wszystkie mięśnie są w stanie głębokiego wymrożenia.
Tak myślałem o życiu jeszcze pół roku temu. Teraz rodzi się we mnie nowa nadzieja. Dziwnie przyjemne uczucie. Nowe całkowicie dla mnie.
Środa, 12 listopad. Wczesny ranek, kilka minut po 06:00. Zimno.
Nie potrafię przywołać teraz wspomnienia dnia, w którym pierwszy raz pomyślałem o sobie w sposób niewystarczalny, niepełny, niezgodny z otaczającym mnie kanonem normalności. Na pewno kiedyś przyszedł moment, w którym przestałem siebie lubić. Najbardziej nielubiłem w sobie tego, że nie miałem komu, a nawet jeśli bym miał, to nie umiałbym o tym powiedzieć. Pierwszy raz zapiłem to uczucie w wieku 13 lat. Kilkoma piwami. W upalne lipcowe popołudnie. Wymiotowałem. Już wtedy było coś nie tak ze mną. Nie wiedziałem co. W Polsce zdrowie psychiczne jest przecież sekretne. My w ogóle nie umiemy mówić o emocjach. Nie umiemy mówić o bólu, o lęku, o słabości – mamy w tym dziwne poczucie bluźnierstwa, chyba dlatego milczymy.
Od dziecka uczą nas: nie płacz, nie pokazuj, nie przesadzaj. Chłop ma być twardy, dziewczyna ma się uśmiechać, a jak coś napierdala to idź do kościoła albo na dwór, albo zamknij pysk.
Wychowano nas w pojebanym micie przetrwania. Począwszy od zaborów, przez wojnę, komunę, nauczyli nas, że uczucia to zachodni zabobon.
Boję się słabości, wy też się boicie. Słabość to obelga.
Diagnoza? Wstyd kurwa!
Depresję leczy się przez solidną porcję „weź się w garść chłopie”. Gdy chcesz iść do psychiatry to po cichu, nikt nie może wiedzieć.
Gdy chłopak ma ataki paniki, to kumpel mówi: „idź się napij, przejdzie”. Gdy dziewczyna bierze leki, to każdy powinien myśleć, że „ta laska, ma coś z głową”.
Taka jest mili Państwo nasza kultura. Przepełniona milczeniem i okraszona wstydem. Zaprzeczenie działa jak zapętlenie. Trudno było mi pierwszy raz spojrzeć w oczy obcej kobiecie – terapeutce – i powiedzieć: „chyba się zabiję, myślę, że chce się zabić, ale sam nie wiem”.
Nadal zimno. Nadal środa.
W latach 90-tych nikt nie miał depresji, bo „wszyscy mieli ciężko”. Najpierw w PRL-u psychiatria była traktowana jak narzędzie polityczne – zamykało się w niej nie tylko chorych, ale też niepokornych. Zostaliśmy z tym dziedzictwem. Po ’89 nic się nie zmieniło, poza nazwami ulic. Dalej nie mówimy o emocjach, bo to „prywatne”, „wstydliwe”, „kobiece”, to takie kurwa „pedalskie”. Zamiast terapii jest wódeczka. Zamiast rozmowy jakieś głupie żarty. Zamiast wsparcia, ironizowanie wszystkiego na siłę. My się głośno śmiejemy z ludzi, którzy decydują się na pomoc psychologa, bo sami boimy się, że też powinniśmy. To jest zautomatyzowany mechanizm obronny: jak coś wyśmiejesz, to nie musisz się z tym zmierzyć.
Kościół też zrobił swoje. Przez dekady wciskał ludziom, że smutek to grzech, że trzeba dźwigać swój krzyż, a nie poprosić o wsparcie. Koloratka wmówiła nam, że lęk to brak wiary, a burdel w głowie to szatan. Więc ludzie zamiast leków dostawali różańce.
Zamiast terapii był chełst święconej wody, spowiedź i okrutna przemocowa pokuta. Teraz patrzymy na pokolenia ludzi, którzy nie umieją rozmawiać o swoim cierpieniu, bo myślą, że to coś złego. Jakby choroba psychiczna była moralnym błędem, nie biologicznym faktem.
My nie chcemy wiedzieć. Bo wiedza zobowiązuje.
Wiedząc, że ktoś cierpi, już nie możesz udawać, że wszystko jest okej. A my tak bardzo uwielbiamy udawać. W internecie same uśmiechy, sukcesy, poranki z kawą i z crush avocado.
W rzeczywistości apatia, bezsenność, panika, alkohol. Uwielbiałem się upijać. Tak wspaniale było otumanić wszystko co we mnie żywe i odczuwające. Napierdalając się wieczorem do finalnej podłogi, rano czułem najpierw kaca, którego leczyłem nowym zapiciem. Później był już wieczór. Zapętlenie – już wspominałem.
Jesteśmy społeczeństwem, które panicznie boi się przyznać, że nie daje rady. Bo w Polsce nie można nie dawać rady. Tu trzeba pracować, funkcjonować, nadganiać, porównywać, można chlać, ale trzeba trzymać pozorny pion. Jeśli się zatrzymasz, choćby na chwilę, to cię wyprzedzą. Myślisz, że lepiej zejść rano do śmietnika, wyrzucić puste butelki, robić to po cichu, tak żeby sąsiedzi nie słyszeli brzdęku na klatce. Później wykadrować ryj, wjebać matowy filtr i podpisać: „Szkoda życia na łzy”. Kurwa, to nieprawda.
Wolno ci być w kurewsko złym stanie, ale nie wolno ci do chuja tego ignorować.
Zdrowie psychiczne to tabu, bo Polska nie ma języka do opowiadania o bólu. Nie ma słów, które nie brzmiałyby jak klasyfikacja. Nie mamy edukacji emocjonalnej, nie uczymy dzieci, że płakać można, że pytać o pomoc to nie wina, tylko odwaga.
Nie uczymy ich, jak rozmawiać o smutku, tylko jak go ukrywać. Znamy definicję fotosyntezy, ale nie znamy numeru na infolinię telefonu zaufania. Bo my nie ufamy. Dziwimy się niesłychanie, że mamy rocznie tysiące samobójstw.
Nie potrafię napisać nic o nadziei. To jest o tym, że póki w Polsce nie nauczymy się mówić „nie radzę sobie” bez wstydu, to nie ruszymy z miejsca.
Dopóki zdrowie psychiczne będzie stawiane jak zarzut, a nie jak część codziennej higieny, będziemy się dalej topić w pozach, kliszach i etanolu.
Potrzebujemy języka konkretów i czułości, nie religijno-patriotycznej bajeczki o sile. Zostajemy tak ochydnie samotni. Tak nie wolno.
Kraj, w którym niemoc to fanaberia, nerwica to lenistwo, a samobójstwo to „przykry incydent”, to kurwidół. Za chwilę ktoś znów się powiesi na drzewie za domem, ktoś skoczy z mostu, ktoś przestanie odbierać telefony, ktoś się zapije – tak niewiele mi brakowało. Kilka sekund, metrów, kilka kropel. W rozmowach nastała by cisza, a w komentarzach na socialach: „Szkoda, taki młody”. Nie, kurwa. Nie szkoda. To nie przypadek, tylko popierdolony system.
Taki, w którym cierpienia uczysz się wstydzić, a ten wstyd przebierasz w barwy narodowe. Wypierdol to z głowy. Zasługujesz na dobre życie. Idź po pomoc. Mordo zaufaj mi. Można się wygrzebać z gówna. Trzeba to zrobić. Do dzieła!
Czwartek, 13 listopad. Zjadłem obiad w pracy. Teraz piję kawę, gdzieś na Mokotowie. Zaraz wracam do Radomia. Godzina 15:33. Pogoda jest niepewna, może padać deszcz.
Pisałem Wam, że śmierć jest dla mnie kolosalnym lękiem, pojebanie ogromnym. Strach skurwysyn. Śmierć – chujowo brzmi. Piszę to na wdechu, bo boję się, że ona może we mnie wpełznąć i zostać już w środku. Pierdolone sześć liter. Nic wielkiego. Nic szczególnego. Kurwa to nieprawda. Sama myśl o tym robi we mnie literalne spustoszenie. Śmierć bałamuci plany, rytm, śniadania, wakacje, bałamuci i spierdala wszystko po całości.
Możemy o sobie myśleć jak o narodzie doświadczonych w tragediach. Owszem – na pomnikach tak. W rozmowach tego nie czuć, w rozmowach nie mamy takiej wprawy.
Śmierć to takie porozrzucane guziki, różnokolorowe, które możesz chcieć na nowo podoszywać, ale nie zapniesz się w klatce, nie zmieścisz się z sercem w tym płaszczu.
Śmierć w Polsce to takie coś, o czym wszyscy wiedzą, ale za chuja nikt nie ma odwagi zapierdolić pięścią w stół i głośno powiedzieć: „no dobra, pogadajmy”. Nikt nie chce być tym popierdolonym, który psuje atmosferę – tak naprawdę chodzi o naszą aurę.
Dlaczego to tabu? Bo śmierci nie obejmujesz wyobrażeniem, nie zdołasz kontrolować tego procesu. Prawda święta i brutalna mówi, że twoja matka też kiedyś umrze, i ty sam też, nieważne, co zjesz, czy wypijesz, jak będziesz dbał o formę i czy będziesz biegał maratony. Umrzesz. Chociaż warto nie prosić się o nadejście rychłe i nie skracać sobie tego czasu. Niestety to wszystko się skończy, nawet jeśli będziesz udawał, że żyjesz zdrowo i w miarę przyzwoicie.
Ja pierdolę, tak bardzo mnie to wkurwia. Nie chce żeby Przemek odszedł, to taki strach pakietowy, boję się – o czym także pisałem – samotności. Przyjebane to jest w tej głowie mojej.
To upokarza. Otwiera się gdzieś taka szczelina, przez którą podglądam siebie bez kogoś. Takiego kogoś, kto teraz jest, ale w tym uniwersum zza tej szczeliny go nie ma. Nie potrafię długo patrzeć bo zaczyna mnie boleć brzuch.
Kiedy ktoś umiera, w Polsce wchodzisz w tryb autopilota. „Trzymaj się.” „Tak miało być.”
albo spierdolone „Czas leczy rany.” Jakie kurwa rany? Zajebiście wielka, niehoryzontalna wyrwa.
Zastanawiam się, naprawdę się kurwa zastanawiam jak wygląda „radzenie sobie”? Jak długo siedzisz, nieruchomo, później chodzisz, znowu siedzisz, nie kładziesz się, bo jak położyć się do pustego łóżka?
Obok go nie będzie, już go nie będzie zawsze. Jak długo utrzyma się na ubraniach jego zapach? Nie wypiorę ich, kurwa. Czy jego pot może zostać w nich na zawsze? Jak zakonserwować spoconą koszulkę? Całun z wspomnieniem każdej złości, radości, kłótni, kolacji, filmu, spaceru, wszystkiego. Przecież w sklepie będę kupował to co lubił, kurwa dla niego. Bez niego nie będę już potrzebował żyć. Ja pierdolę, sram na egoizm, niech będzie, że jestem chujem i egoistą, ale chce umrzeć pierwszy.
W tym wszystkim jest jednak czułość. Czułość taka drapiąca. Może delikatny akt podtrzymywania istnienia siebie? Może i delikatny, ale podtrzymywany na szwach. U mnie one na pewno nie wytrzymają.
Papuga umiera cicho, choć całe życie darła dzioba.
Wchodzisz rano do pokoju i widzisz klatkę, w której jeszcze wczoraj było życie, a dziś nie ma nic. I nagle robi się pusto, tak niesprawiedliwie.
Przecież to „tylko papuga”, co nie? Strata jest stratą.
Pies umiera inaczej. Całe życie patrzył ci w oczy i wiedział o tobie wszystko. Patrzył jak płaczesz, jak udajesz orgazm, jak myjesz zęby i jak boisz się, że nie umrzesz pierwszy przed Przemkiem.
I wtedy nagle nie skacze na ciebie i nie szczeka, oczy mu przygasają. Musisz podjąć decyzję, której nie chcesz podjąć nawet za milion złotych,
ale podejmujesz – bo miłość czasem polega na tym, że człowiek pozwala odejść.
Choć sam byś jeszcze trzymał, ciągnął, błagał. Nie chcesz, ja pierdolę, nigdy nie będziesz potrafił.
Miski zostawiasz nieumyte. Smycz leży przy drzwiach. Ktoś powie ci, że „kupisz drugiego”.
Kurwa, no pewnie. A on kupi sobie nowego tatunia jak
pierwszy też umrze?
Strata waży dokładnie tyle, ile ważyła psia głowa na twoim kolanie.
Bez względu na to, czy odchodzi papuga, pies czy kot, czy kurwa patyczak. Zostaje po nich nic i jednocześnie coś.
Takie nie do zagospodarowania.
Nieistotne, czy to miejsce na kanapie, grzędzie, czy przy muszli w toalecie gdy srasz.
Śmierć zwierzęcia mówi, że wszystko, co kochasz, ma termin ważności. Udowadnia też, że serce człowieka nie sprawdza metryczki: nie pyta, czy warto po kimś płakać. Po prostu rozpierdala się na miliardy atomów.
Człowiek po stracie potrzebuje tylko dwóch rzeczy: obecności i prawdy. Kogoś, kto usiądzie obok. I kogoś, kto powie: „boję się tak samo jak ty”.
Jeśli istnieje jakaś czułość większa od tej, nie znam jej. A jeśli istnieje jakiś większy strach niż śmierć też go nie znam. I chyba nie chcę poznać.
Poniedziałek, 17.11.2025 rok. Zbieram się na pociąg. Za chwilę jadę do pracy. Godzina 05:14. Za oknem napierdala zimno i zło. 
Nie mam tu żadnej puenty. I dobrze. Niech zostanie tak, jak jest. Trochę rozpierdol. Niegotowe, może też poza zasięgiem „radzenia sobie”. Każdy musi dokończyć to sam, w głowie po swojemu.
W środę wrócę z tematem, który większość facetów wolałaby przemilczeć. Z męskim tabu, które od lat próbuje zabrać głos, ale my nie słuchamy.
Nie zniknie, już czas pogadać. Konkretów teraz nie będzie – na to jeszcze przyjdzie pora.
Na dziś wystarczy. Reszta należy do Was.
Paweł Sobierajski