Bardzo osobisty Bzdurnopis. Ode mnie dla Ciebie.
05:14
Kurwa, boję się raka. Mam wrażenie, że wszyscy o nim mówią, jakby to była jakaś kwestia gówno-diety i dobrego centrowania podczas sobotniego popołudnia z matcha & pilates. Jakby to był przegląd bebechów, a wyniki mogłeś potem wozić w glove boxie w aucie i załatwione, w razie czego spierdalajcie, mam aktualne. Niestety, nie mieści mi się to w pierdolonym słowie: „profilaktyka”. To jest we mnie zdziczały strach. Jestem zdrowy. Wiem, że jestem zdrowy. Mam te cholerne wyniki badań. Nigdy nie miałem też raka. Ale boję się raka jak diabli. Wiem, że w Polsce rak to nie tylko choroba, to już jest cały, do maksymalnych możliwości skomplikowany, system. Nowotwór jest częścią wielkiego pakietu. Przychodzi razem z kolejką do rejestracji, razem z panią zza szyby z paznokciem pomalowanym do połowy i jej wkurwieniem, że zadajesz pytanie, które przeszkadza jej w pracy — pracy, która polega między innymi na odpowiadaniu na takie pytania. Nowotwory to też numerki, które teoretycznie mają się zmieniać na ekranie, a nie zmieniają się godzinami. Siedzisz i patrzysz. Stoisz i patrzysz. Czekasz i patrzysz.
Idziesz, robisz badanie. „Proszę się nie martwić” – mówi lekarz. I już wiesz, że masz się martwić jak nigdy. Bo tutaj „proszę się nie martwić” to może być wyrok. Rak zabija komórki. Rak zabija twój czas. Rak zabija twoją wolność. Nie masz znajomości – czekasz. Nie masz pieniędzy – czekasz. Pół roku na biopsję, trzy miesiące na rezonans. Żyj normalnie, chodź do pracy, kupuj mleko, wycieraj kurze, zapierdalaj, jakby nic się nie działo. Niewyobrażalne.
I to jest duża część mojego strachu. Że coś by we mnie rosło, a system powtarzałby: „proszę czekać”. Że gdy już dotarłbym na onkologię, to siedziałbym w korytarzu, który pachnie lizolem, i którego ściany mają kolor sinicy — i nie dlatego, że ktoś tak zaplanował, tylko dlatego, że tam umiera tylu ludzi, że farba zdążyła sczernieć. To nie jest irracjonalny lęk. To jest realna świadomość, że jeśli zachoruję, to wysoce prawdopodobna jest moja przegrana w wyścigu z pierdoloną papierologią.
Nie piję. Kiedyś można było się napić, żeby to stłumić. Teraz stoję trzeźwy, patrzę na swoje ręce i myślę, że każda rutynowa kontrola może być początkiem końca. W Polsce rak to nie tylko diagnoza. Wpadasz w pseudolosową, hazardową rozgrywkę. Chujowo, że stawką jest życie. Boję się raka. Bardzo się boję.
06:24
Mówią „wojna”, myślą „bohaterstwo”. Mówią „wojna”, myślą „chwała”. A wojna nie jest dumnie zawieszoną flagą, która powiewa w slow-motion, to nie są filmy z Meg Ryan, Tomem Hanksem, nie ma w wojnie niczego hollywoodzkiego. Wojna to syf. Wojna to twój koleżka z roboty, który dziś jebał kacem, a na wojnie wsadzą mu karabin do łapy. Wojna to klatka schodowa zamieniona w punkt kontrolny. To brak prądu, brak wody, sranie do wiadra. To martwe światła ulicznych lamp, martwa codzienność. Strach jak skurwysyn.
W Polsce mamy fetysz martyrologii, defilady, odświętne hymny i kwiatki pod pomnikami. Ale jakby przyszła wojna, to nie byłoby pomników. Byłoby mięso. Byłby głód. Byłyby dzieci, które zamiast TikToka oglądałyby jak ktoś dostaje kulę pod ich oknem. Byłby pokaz siły, tchórzostwa, sprytu i zdychania.
Nie boję się czołgów. Najbardziej boję się ludzi. Oni są teraz rzeczywiści, namacalni. Boję się tych wszystkich moralnych wojowników, którzy dziś w internecie krzyczą o honorze, a jutro będą gwałcić, kraść i bić, bo wojna daje im wreszcie pretekst. Boję się, że jak pierdolnie, to nie przyjedzie żadna karetka, bo wszystkie będą jeździć po trupach. Boję się, że to, co dziś jest absurdem – polityczne operetki, świętojebliwe konferencje, ONZ-towskie dream transfery – jutro stanie się dla niektórych prawem, dla innych końcem złudzeń.
Wojna nie jest bombami, które pokazuje telewizja. Wojna to wściekła chuć przetrwania. Wojna zamienia gatunek ludzki w królestwo zwierząt. To twoje życie zredukowane do potrzeby przetrwania za wszelką cenę. I tego się boję najbardziej: codziennego upokorzenia, które dehumanizuje, umniejsza istocie człowieczeństwa. Bardzo się boję.
06:51
Samotność, której się boję, na pewno nie jest romantyczna. Nie jest „czasem dla siebie”. Samotność to każdy porywający na nogi dźwięk w pustym mieszkaniu, to telefon, którego nie wiesz, czy potrzebujesz, bo nie dzwoni. To świadomość, że jeśli umrzesz, znajdą cię dopiero, kiedy zaczniesz śmierdzieć zapachem rozkładającego się truchła. Samotności nie można wytłumaczyć hasztagiem z Instagrama ani listą kontaktów na Messengerze. W dziedzinie samotności Polska osiągnęła diaboliczną precyzję, ten cały pojebany kult „niewpierdalania się”. Ktoś płacze? Nie nasza sprawa. Ktoś zniknął? Pewnie ma swoje życie.
Samotność widzę w piątkowym wieczorze z podgrzewanym makaronem i w czasie, kiedy przeglądałbym zdjęcia znajomych znad morza. We wszystkich matkach, które dzwonią tylko po to, żeby spytać, czy macie pieniądze na życie, a nie o to, jak wam jest w tym życiu. Samotność dostrzegam w byciu w mieście pełnym ludzi i uczuciu, jakby za życia było się duchem. W Polsce samotność piastuje własny urząd. Referencje są jasne: radź sobie, lecz się i zdychaj – samodzielnie/samotnie.
Najgorsze jest to, że samotność jest na wskroś okrutna. Żrąca, paląca, znęcająca się. Zostawiłaby mnie przy życiu, żebym mógł patrzeć, jak się rozpadam. Jak moje życie staje się poleceniem zapłaty za platformy streamingowe i jedzeniem na mieście. Jak moje urodziny stawałyby się datą w kalendarzu, którą znam tylko ja i powiadomieniem na Facebooku, żebym mógł przeczytać to jebane: „Wszystkiego naj” – obojętniejszego. Nie czuję się samotny, ale tak, bardzo boję się samotności.
07:00
Rak ciała, wojna na ulicy, samotność całego mnie. Trzy rzeczy, których się boję, bo wszystkie są polskie. Polskie kolejki. Polskie mity. Polskie milczenie. Trzy rzeczy, do których nazywania nie potrzebuję już metafor. Wystarczy, że popatrzę na nas. Człowiek składa się ze wszystkich zjednoczonych sum własnych lęków. Tak po prostu. Nie ma w tym magii, jest codzienność. Wolno nam się bać. Wolno nam się kurwa bać.
07:08
Wróciło! Jak grzyb po deszczu, jak potencja po Viagrze. Religia. Obowiązkowa. Albo religia, albo etyka, czyli to samo pierdolenie. W dużym skrócie wszystko sprowadza się do bycia grzecznym, posłusznym, bogobojnym i niemyślącym samodzielnie – tutaj jest wyjątek dla wcześniejszych referencji działań.
Problem nie tkwi natomiast w samej religii. Problemem jest „jedna” religia. To jakby przez kilkanaście lat uczyć o jednym odcieniu szarości, i że tak wygląda cały świat. To wtedy nie jest edukacja, tylko sukcesywne programowanie. Pigułka z krzyżykiem, połykasz i zapominasz, że istnieje coś poza katolickim Nazaret.
A czemu, do cholery jasnej, nie uczyć o religiach? Wszystkich. Buddyzm, islam, judaizm, voodoo, scjentologia, religie i sekty. Że kiedyś ktoś spotkał nie anioła z niebios, tylko Mansona. Gościa, który swoim urokiem osobistym wciągnął hipisów w obłęd i zamordowanie ciężarnej kobiety, jej przyjaciół, i dokonanie historycznej masakry nożami kuchennymi. Jim Jones, który kazał ponad dziewięciuset ludziom wypić cyjanek jak lufę Rajskiej Mango-Limonka.
Matki wlewały truciznę swoim dzieciom do ust. W jednej chwili Gujana zmienia się w zbiorową mogiłę. Polska sekta „Niebo”, gdzie samozwańczy, zakompleksiony fiuto-prorok odcinał ludzi od rodzin i przejmował ich majątki. Mechanizm zawsze ten sam: obietnica, strach, manipulacja.
Czym się to różni od szkolnego programowania dzieci na katolicyzm? Tylko tym, że Kościół ma silniejszy marketing i państwowy budżet.
W szkole nie usłyszysz, że chrześcijaństwo ma krew na rękach — krucjaty, stosy, inkwizycja. Nie usłyszysz, że religia to narzędzie, które w złych rękach staje się bronią. Zamiast tego dzieci rysują swoje „grzechy”, jakby to była zabawa w kolorowanki. Uczą się, że masturbacja to krzywda Jezuska, że seks to brud, że ten analny to za blisko krzyża, że geje i feministki to zagrożenie. W końcu w dorosłym życiu z pełnych jaj wypierdala ci do łba i wtedy robi się niebezpiecznie. Wmawiane jest nam, że jeśli nie siedzisz w ławce na religii, to jesteś trędowaty. To nie jest religia. To jest tresura. Posrane całkowite namaszczenie upierdoloną i fikcyjną winą.
Czy właśnie nie w taki sposób działa sekta? Największa w kraju, z największym budżetem, z najgłośniejszą pretensją. Kto kontroluje dzieci, kontroluje przyszłość. A kto kontroluje przyszłość, ten może ci kazać pić cyjanek — i ty to, kurwa, wypijesz.
Więc jak ktoś powtarza jak mantrę: „religia w szkole to tradycja”, istnieje kontrargument: „tradycja to też palenie kobiet na stosie i gwałty księży. Nie wszystko, co tradycyjne, jest zajebiste”. Wkurwiłem się.
Dziękuję za uwagę. Nie przepraszam za język.
Paweł Sobierajski