
Malwina wybrała trzech zdrajców. Dwóch z nich już wiedziało, kim są. Trzeci pozostawał w cieniu. Ukryty nawet przed sobą samym, musiał udawać, nikomu nie mógł ufać – gra nabiera tempa.
Natalia i Igor – już wtajemniczeni – stworzyli listę śmierci. Ale to nie do nich należeć miał zaszczyt wykonania wyroku na którymś z nas – lojalnych. Decyzja złożona została w ręce trzeciego zdrajcy, on dzierżył w swojej możności, władzę śmierci i ocalenia. Spośród trzech imion wskazać to jedno. Jedną osobę, która nie obudzi się następnego dnia, nie zasiądzie do stołu, nie skosztuje intryg przy śniadaniu i zniknie, wraz z marzeniami o dalszej grze.
Na liście znalazły się Marianna i Dorota. To nie był przypadek. Natalia przed wybór właśnie tych pań, chciała dać czytelny sygnał. Czytelny dla tych, którzy potrafią czytać między wierszami. Rozbić sojusz dziewczyn. Rozszczelnić coś, co dopiero zaczynało się cementować. W ten krąg wchodziły też bliźniaczki – Iza i Daria, żadnej z nich jednak na liście nie było. Czworokąt zaufania, który należało przeciąć.
Trzecie imię: Andrzej.
Jedno z tych imion nosiło intencję. Jedno miało być ciosem. Jedno zaś testem lojalności dla kogoś, kto jeszcze nie wiedział, czy jest potworem.
W tej grze wszytko jest wiadomością.
Rano weszliśmy do jadalni.
Drzwi otworzyły się ciężko, jakby nie chciały zdradzić tego, co kryje się w środku. A w środku było światło.
Wysokie okna wpuszczały je szerokimi strumieniami. Przesączało się przez jasne, kremowe firany i ciężkie, zielone zasłony, które opadały miękko jak teatralne kurtyny. Słońce odbijało się w kryształach żyrandoli zawieszonych wysoko pod sufitem. Każdy kryształ łapał promień i oddawał go dalej – drobnym, ostrym błyskiem.
Długi stół ciągnął się przez całą salę jak mleczna droga. Nakryty białym obrusem z delikatnym, roślinnym wzorem, który przy bliższym spojrzeniu przypominał wijące się łodygi. Na środku biegła girlanda z kwiatów – ciężka i gęsta, prawie przesadna w swojej wyjątkowości. Kwiaty w odcieniach pudrowego różu i głębokiej czerwieni, przeplatane zielenią liści, które wyglądały jakby wciąż nosiły na sobie wilgoć porannej rosy. Płatki miały fakturę jedwabiu, niektóre lekko przywiędłe na krawędziach – jakby noc też je dotknęła.
Zapach był subtelny, ale wyczuwalny. Kwiaty mieszały się z aromatem świeżo zaparzonej kawy. Z francuskich wypieków. Z masła, które miękło powoli w srebrnych maselniczkach. Czuć było też chłodne muśnięcie porcelany i metaliczny ton sztućców.
Talerze były białe, z cienką złotą linią na brzegach. Ustawione równo, niemal wojskowo. Przy każdym czuwała filiżanka z przezroczystego szkła, delikatna niczym pocieszenie po trudnej nocy, i kieliszek na wodę z grawerem, który pod palcami dawał lekki opór. Sztućce miały ciepły, złotawy połysk. Każdy detal był przemyślany. Każdy miał swoje miejsce w świecie zamkowej zastawy.
Krzesła rosły ciasno, jedno obok drugiego. Z ciemnego drewna, wypolerowanego – oparcia rzeźbione w łagodne łuki. Czuło się, że siadając, wchodzimy w porządek, który istniał tu długo przed nami. Miał nam przypominać o gościnie zamku i przestrzegać, że każdy raz może być tym ostatnim.
Podłoga w czarno-białą szachownicę. Patrząc w dół, zdawało mi się, że widzę nasze sylwetki przecięte geometrycznym rytmem. Byliśmy pionkami, które zaraz zostaną przestawione.
Usiedliśmy powoli. Miejsca jeszcze nie były puste, ale już było w nich coś pełne niepokoju. Każde krzesło mogło tego dnia stać się symbolem czyjejś nieobecności.
Nad stołem unosiły się rozmowy. Wciąż niekonkretne, jakbyśmy zapomnieli, że gra trwa już w najlepsze.
Jedliśmy śniadanie w pałacu. Jakby nic się nie stało. Jakby ktoś tej nocy nie wybrał, kto z nas przestanie być częścią tej historii.
A przecież jedno z tych krzeseł już zawsze zostanie samotne.
Siedzieliśmy przy tym długim stole jak aktorzy przed premierą, udając, że interesuje nas smak pieczołowicie selekcjonowanych serów, a nie to, kto właśnie zniknął z naszej historii. Drzwi do jadalni otwierały się co chwilę.
Najpierw cisza. Potem kroki. Potem wrzaski. Naprawdę wrzaski zachwytu.
Śmiech. Głośny. Przesadzony. Uściski. Odetchnienia tak przesadzone, jakby ktoś właśnie wrócił z wojny. Patrzyłem na to i zadawałem sobie jedno pytanie: czy my naprawdę zdążyliśmy się tak zżyć? Po jednym dniu? Po ilu rozmowach, w których większość zdań była podstępem?
Tu każdy coś udaje. Zwłaszcza ulgę.
Weszła Marianna. Oczy błyszczały, ramiona lekko napięte, jakby jeszcze nie do końca wierzyła, że przeszła przez noc. Weszła Dorota. Spokojniejsza, ale w jej kroku było coś szybszego niż zwykle. Stoły zadrżały od kolejnej fali westchnień i okrzyków.
I koniec. Drzwi już się nie otworzyły.
Wtedy nie zobaczyłem twarzy Natalii, żałuję. W telewizji już tak. Delikatny grymas zdziwienia. Krótkie spięcie mięśni przy ustach. Nie widziałem tego wcześniej. Może nie patrzyłem uważnie. Może dopiero teraz nauczyłem się patrzeć. Trzeci zdrajca wybrał Andrzeja. Nie ona. Nie Igor. Ktoś trzeci podjął decyzję. Była to Łucja. To ona dołączyła do Zdrajców. O Łucji też napiszę, ale nie dzisiaj.
Gra zaczęła grać w graczy.
Pierwszego dnia, zaraz po stole, przy którym wybrano zdrajców, Andrzej podszedł do mnie. Bez fanfar i zbędnie wielkich deklaracji. Po prostu stanął obok i powiedział, że możemy trzymać się razem. Odczytał mnie.
Zobaczył więcej, niż chciałem pokazać. Zrozumiał, że buduję wizerunek neurotyka, trochę zbyt roztrzęsionego, trochę zbyt chaotycznego, żeby być groźnym. Mój plan runął szybciej, niż się spodziewałem. Już przy pierwszym stole kilku uczestników podważało moją naturalność. Wątpili. Atakowali. Pytali, czy nie gram.
Andrzej wiedział.
Nie wyśmiał mnie, ani nie wykorzystał. Chciał pomóc. Zaproponował sojusz, który miał być dla mnie tarczą. Teraz go nie ma.
Pierwsza strata. I od razu tak bolesna.
Zapamiętałem go za tembr głosu. Nie był nachalny. Raczej spokojny, pewny siebie. Andrzej umiał rozmawiać. Umiał budować argumenty. Słuchał. Obserwował. I krył się z tym, jak dobry w tym jest. Mógł wydawać się nijaki- taki cichy, trochę niepozorny. Ale był jakościowy. Precyzyjny. Wspaniały gracz.
Dziękuję ci, Andrzeju. Naprawdę.
Dzięki tobie mogłem przetrwać ten dzień. Dałeś mi coś więcej niż sojusz. Zbudowałeś we mnie rusztowanie. Konstrukcję, po której mogła wspiąć się moja nadzieja. Nadzieja, że ten program nie skończy się dla mnie szybciej, niż zdążę cokolwiek zrozumieć. Że warto o siebie walczyć. Że trzeba zmienić strategię, kiedy pierwsza przestaje działać.
Czułem się rozczarowany. Pogubiony. Jedyny pewnik, jaki miałem w tej grze, został pochowany razem z tobą.
Ale to nie jest najważniejsze.
Najważniejsze jest to, że byłeś. I że przez chwilę byliśmy po tej samej stronie. Żałuję, że tak szybko musiałem poświęcić ci fragment tego pamiętnika. Ale nie żałuję ani jednego słowa, które tu o tobie piszę.
Andrzeju – dziękuję.
Nadszedł czas misji. Trzydzieści tysięcy złotych wisiało w powietrzu. Ale zanim padły pierwsze decyzje, zobaczyliśmy ją.
Łódź.
Nie była zwykłą łodzią. Dostojne długie i ciemne ciało wycięte z drewna, z ostrym dziobem zakończonym smoczą głową. Rzeźbiona, surowa, z wyraźnymi słojami, jakby składała hołd każdemu drzewu, z którego ją wycięto. Wiosła wystawały z boków symetrycznie, jak żebra dzikiego zwierzęcia. Kiedy stała przy pomoście, wyglądała jak uśpiona bestia. Kiedy ruszała – budziła się.
Woda była ciężka, zielonkawa, spokojna tylko z pozoru. Każde zanurzenie wiosła rozcinało ją z miękkim, głuchym dźwiękiem. Kręgi rozchodziły się powoli, jakby jezioro nie chciało przyjąć naszej inwazji bez swojego sprzeciwu.
Wokół królowała jesień w pełnym rozkwicie rozkładu. Drzewa na brzegu płonęły kolorem. Złoto mieszało się z rdzą, głęboka czerwień z przygaszoną zielenią. Liście wisiały jeszcze na gałęziach, ale czuć było, że to ich ostatnie dni. Powietrze miało zapach wilgoci. Trawy przy brzegu były ciężkie, przyklapnięte, jakby nocą spadły na nie ołowiane łzy, zamordowanego Andrzeja.
Na tle tego pejzażu łódź wyglądała jak coś wyjętego z innej epoki. Jakbyśmy nie byli uczestnikami programu, tylko wojownikami płynącymi na bitwę, która tak samo jak chwałę, może przynieść gorycz straty.
Wsiedliśmy.
Drewno pod stopami. Lina skrzypnęła. Wiosła weszły w wodę i ruszyliśmy, rozcinając spokojną taflę. Każdy wiedział, że to nie będzie zwykła konkurencja.
Cztery platformy z paliwem unosiły się na wodzie jak odizolowane wyspy. Na niektórych leżały pieniądze przyklejone do skrzyń. Żeby ograbić platformę, trzeba było poświęcić na niej dwie osoby. Zostawić je tam. Bez prawa powrotu do bezpiecznego kręgu.
Reszta miała dopłynąć do brzegu i rozpalić ogień. Krąg ognia. Ten, kto znalazł się w jego środku, był bezpieczny od nocnego morderstwa.
Brzmiało prosto. Nie było.
Na trawach zostały Daria i Natalia. Daria źle zrozumiała treść wiadomości – w jej oczach widać było dezorientację, która szybko zamieniła się w panikę. Natalia była spokojniejsza. Zbyt spokojna. Wykazała się sprytem, i zaiste już teraz wiem – wyrachowaniem. Podkręcała napięcie w Darii subtelnymi uwagami, półuśmiechem, ciszą w odpowiednich momentach.
Na drugiej tratwie Wiola – znów samozwańczo gotowa do poświęcenia – i Marcin. On analizował. Ona reagowała sercem. Dwa różne języki, jedna decyzja. Marcin bał się telefonu, nie bał się tratwy. Jakby heroizm musiał być spektakularny, żeby mógł uwieść myśli Marcina. Uwiódł.
Na kolejnej platformie byłem ja i Maciej.
Nasza wersja Titanica nie miała orkiestry. Miała tylko wodę pod nami i świadomość, że ktoś musi zostać. Drewno platformy skrzypiało, gdy przesuwaliśmy się bliżej jej krawędzi. W pewnym momencie spojrzeliśmy na siebie i obaj wiedzieliśmy, że ta scena jest absurdalnie intymna. Dwóch facetów, mokre powietrze, napięcie jak przed skokiem w lodowatą nicość. Uśmiechnąłem się krzywo. On też. Nie czuło się w tym romantyzmu.
Ostatnia platforma – Jarek i Piotr. Tam chyba nie było miejsca na żarty. Ich rozmowa – jeśli w ogóle – była krótka, konkretna. Twarze poważne.
Nie zdobyliśmy trzydziestu tysięcy.
Ale część z nas zdobyła immunitet. Ogień na brzegu zapłonął. Krąg był wyraźny, gorący, dał bezpieczeństwo. Ci, którzy w nim stanęli, odetchnęli głębiej.
Osiem osób zostało poza nim. Siedem imion do mordu.
Byłem jednym z nich.
Trudno było mi się z tym pogodzić. Że znów stoję na krawędzi. Że moja historia może się skończyć tej samej nocy, w której jeszcze przed chwilą patrzyłem na płonące drzewa i drewnianego smoka galopującego po wodzie.
Strach i złość szły obok siebie. Równo. Jak dwa wiosła. Uczucia jednak były trudniejsze do opanowania niż żegluga.
„I jak się po prostu dowiedziałem, że jestem zdrajcą, tak się ucieszyłem” – powiedział Piotr.
Cisza po tym zdaniu była trudna. Mnie zmiażdżyła – ale tylko na moment. Przecież uwielbiam atakować.
Przejęzyczenie. Tak twierdził. Niefortunny, przypadkowy lapsus zmęczonego języka. Tylko, że w tym miejscu nie istnieją przypadki. Każde słowo jest brane za dowód. Każda sylaba może być gwoździem do własnego krzyża. Rafał nas z niego nie zdejmie – nie ma go z nami.
Jak mieliśmy uwierzyć, że to błąd?
Dla wielu z nas to było potwierdzenie. Jakby przez ułamek sekundy maska opadła. Jakby zobaczył w sobie coś, czego nie zdążył zatrzymać. W tym zamku język nie plącze się bez powodu, szuka swojej drogi, szuka gdzie się schować, jak uniknąć fałszu w psalmie o zdradzie.
Ale skąd w ogóle trop na Piotra?
Oliwia.
Cicha. Stoi z boku. Niewiele mówiła. Trudno było ją czytać, bo prawie nie zostawiała śladów. A jednak to ona powiedziała: Piotr. Że to jej typ. Że coś jej w nim nie gra. To wystarczyło. Wystarczyło jedno zdanie wypowiedziane spokojnie, bez emocji, żeby ruszyć lawinę.
Od tego momentu wszystko zaczęło się układać przeciwko niemu.
Próby rozmowy z Piotrem były trudne. Zamykał się. Odbijał argumenty, ale tak, że wędrowały w przestrzeń. Zamiast wchodzić w spór, próbował budować mosty. Zapewniał o lojalności. Uśmiechał się. Podchodził, dotykał ramienia, mówił: „To nie ja”. To brzmiało jak zaklęcie powtarzane zbyt często i gdzie czary?
Wspomniał, że jest pokerzystą.
Może to miało pokazać, że potrafi blefować. A może przeciwnie – że potrafi kontrolować emocje. W tamtej chwili nie miało to znaczenia. Przejęzyczenie przykryło wszystko. Jedno zdanie zjadło całą jego walkę o zaufanie.
Piotr miał zadatki na świetnego gracza. Był czujny. Ostrożny. Wiedział, kiedy mówić mniej. wskazał na Igora. Teraz łatwo jest mi to zobaczyć. Teraz, kiedy go już tu nie ma. Kiedy wygodnie jest pisać żarliwe i na wskroś żałosne epitafium.
Wtedy widziałem tylko człowieka pod ostrzałem.
Głosowałem na Mariannę.
Unikała mnie – tak mi się wydawało. Mój głos niczego by nie zmienił, wiem to. Większość była już zdecydowana. Piotr stał się ogniem, do którego wszyscy dokładali swoje drewno. Ale nie chciałem dorzucać kolejnej szczapy.
Wcześniej obiecałem mu, że na niego nie zagłosuję.
Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że widziałem, jak bardzo jest sam w tej dłużącej się egzekucji. Może było mi go żal. A może po prostu nie chciałem zaczynać tej gry od zdrady danego słowa.
Wszyscy chcieli go spalić na stosie swoich przekonań. Każdy miał argument. Każdy miał „intuicję”. Łatwo jest być odważnym, kiedy tłum już krzyczy.
Nie jestem szczególnie empatyczny. To nie o to chodziło. Chyba po prostu nie chciałem być tak zepsuty na starcie. Nie chciałem, żeby pierwsze prawdziwe wygnanie było też moją pierwszą łatwą zdradą.
Może to brednie. Może po prostu bałem się, że kiedy wypowiem jego imię, coś we mnie pęknie.
Chyba się rozluźnił, gdy ogłaszano werdykt. Uśmiechał się jeszcze przez chwilę. Ten jego uśmiech – ten sam, który wcześniej mnie urzekł i dał mi szybsze bicie serca. Potem zgasł.
Żegnaj, Piotrze.
Przepraszam.

