
Zbigniew Ziobro nie chciał rządzić Polską. Chciał kawałka państwa tylko dla siebie – zamkniętego pokoju, w którym prawo chodzi na smyczy, a smycz trzyma on.
I w 2015 roku dokładnie taki pokój dostał. Gdy wrócił wtedy do władzy jako minister sprawiedliwości, a w 2016 połączył to z funkcją Prokuratora Generalnego, dostał prezent, który w normalnym kraju wywołałby alarm – u nas lawinowe zagrożenia jego rozwijającą się karierą. Bezpiecznik wypierdolony. Od tego momentu Polska była przepychana siłowo, jak tłokiem hydraulicznym. Jedna strona puchła, druga pękała.
Ziobro nie potrzebował brudzić sobie rąk. Stąd procedury. Koniecznie powtarzalne – bo powtarzane kłamstwo staje się prawdą. Wystarczyło przesunąć kilka wajch – zrobić awanse, wysłać w delegacje, degradacje i postępowania dyscyplinarne. Nazwiska zaczęły krążyć zamkniętej klatce. Bogdan Święczkowski – prawa ręka, potem Prokurator Krajowy. Dariusz Barski – kolejny lojalny wykonawca. A gdy w 2019 roku wybuchła afera hejterska, gdy ujawniono, że wiceminister Łukasz Piebiak i ludzie z resortu brali udział w zorganizowanym szczuciu na sędziów krytycznych wobec „reform”, Ziobro zrobił numer stary jak władza i kurwiarstwo: „nic nie wiedziałem”. Podwładny poleciał. System został. Bałagan okiełznany.
W 2017–2021 państwo dostało wpierdol od rzeczywistości, która okazuje się sięgać dalej niż czubek nosa Ziobry. Trybunał Sprawiedliwości UE uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego – perła w koronie zębowej Ziobry – nie spełnia standardów niezależności. Leciały decyzje, środki tymczasowe, a potem kary liczone w milionach euro. Odpowiedź była niezmienna: Bruksela atakuje, suwerenność zagrożona, obcy dyktują, wróg Polski w natarciu. Do porzygu klasyczny numer: łamiesz prawo, więc drzesz mordę, że to spisek. Orwell miał mniej fantazji, samo gówno.
No i potem był Fundusz Sprawiedliwości – słodki kutas w cynamonie, święta skarbonka, w której dobro miało pachnieć współczuciem, ale jebało hajsem. Oficjalnie miała być to pomoc kierowana dla ofiar. Faktycznie – jak pokazały kontrole NIK w latach 2023-2024 – systemowe nieprawidłowości, szyte pod kogoś konkursy, dotacje płynące do organizacji powiązanych, decyzje podpisywane bez sensownego uzasadnienia. Fundacja Profeto ks. Michała Olszewskiego i miliony na ośrodek, który nie spełniał warunków – i nie, to nie plotka, tylko są kurwa dokumenty. Papier przyjmie wszystko, każdą pieczątkę. Wyglądało to fantastycznie bo na pozór legalistycznie jak msza po łacinie i było równie oderwane od rzeczywistości . Estetyka korupcyjna, za pomocą której, z porno próbowano zrobić ekranizację lektury szkolnej.
Ziobro uwielbiał wrogów – nieustannie ma do ich produkowania sentyment.
To w końcu zawsze chodliwy towar. Wycierał sobie dupsko Brukselą, sędziami, mediami, „elitami”. Każdy, kto pytał, był z automatu wrogiem. Każda najmniejsza krytyka, była zdradziecka. Wszystko to działało sprawnie, dopóki działał strach. Dopóki prokurator z kredytem i dzieckiem bał się telefonu z góry – bo sumieniem rodziny nie wykarmi. Sędziowie liczyli że jak schylą głowę, to ją zachowają. Stróżów prawa wpierdolono w bęben pralki, wraz z chaosem i zmiękczającą ich przemocą administracyjną.
I nagle – 15 października 2023. Wybory. Koniec parasola. Światło zapala się. Zaczynają się audyty, komisje, zawiadomienia – rusza proces weryfikacji. Chujowo dla Zbyszka, który odkrywa, że odpowiedzialność to słowo, którego nie zna. Znika. Milczy. Zasłania się komunikatami i niepamięcią. Ale presja rośnie, więc pojawia się choroba. Prawdziwa, ciężka, dramatyczna, śmiertelna – piersza z brzegu, to nowotwór. Nikt rozsądny jej nie kwestionuje – to byłoby bestialstwo. Kwestionowane jest jednak jej użycie. Bo choroba zaczyna działać jak granat dymny: nie pytajcie, nie naciskajcie, uszanujcie, wypierdalać bo umieram – nie tym razem Zbyniu.
Krytycy mówią wprost o instrumentalizacji cierpienia – o tarczy, którą próbuje się zatrzymać konsekwencje i rozliczyć zaległości w praworządności. I znowu pech, bo to nie jest przecież spór o zdrowie tylko o uczciwość – a czego Ziobru brakuje bardziej?
Wynik walki okazał się raczej niezaskakujący. To nowotwór umarł na Zbyszek. Cud wielki.
Wtedy musiał nastąpić zwrot akcji – w tle Budapeszt. Viktor Orbán. Ideologiczny brat. Wspólne głosowania, wspólna pogarda dla unijnych standardów, wspólna narracja o suwerenności używanej jako alibi – naziolskie Węgry w całej okazałości. Nie ma niestety papieru z napisem „azyl”. Są jednak fakty polityczne: Węgry jako naturalne środowisko dla ludzi, którzy nie znoszą kontroli i kochają władzę. Ziobro nie musiał fizycznie uciekać, żeby mentalnie tam być od dawna, ale dla pewności i spokoju , postanowił dać dyla i spierdolił. Tam właśnie, do krainy gdzie prawo jest plasteliną, a odpowiedzialność zachodnią fanaberią. Zbyszek próbuje oczywiście mitologizować to co wiadome i tchórzliwą ucieczkę za chwilę nazywać będzie: przedłużającym się city breakiem.
I w tym miejscu bajka się kończy. Lew okazał się jaszczurką. Człowiek, który przez osiem lat kazał innym stawać na baczność, dziś nie potrafi stanąć do odpowiedzi. Krzyczał o honorze – bez żartów. Wymemlał prawo jak gumę do żucia i przykleił pod prokuratorskim biurkiem. Używał państwa jak prywatnej mleczarni do wydojenia i porzucenia.
Ziobro nie jest oczywiście potworem. Myślę, że potwory bywają fascynujące. On jest zły, ale zajebiście nudny. Niszczył życia, ludzi, niszczył kraj – ale tylko gdy było to łatwe. Jest to mocarnie kiepskie – żadnej szaleńczej strategii, zwyczajna sposobność.
bAZYLiszek. Mały, trochę jadowity, przyzwyczajony do półmroku. Kiedy zapalono światło, zawinął ogon i dał drapaka w krzaki. I żadne zaklęcie o nagonce nie sprawi, że będziemy myśleć o tym mikro fiutku inaczej, niż jak o typie, który chciał nauczyć innych, jak się bać – a sam wypierdolił przebijając barierę dźwięku, gdy przyszło zapłacić swój rachunek. Totalne zero.
Paweł Sobierajski.

