X

Pragnienie wielkiego luzu

Wtorek, ostatni tydzień listopada, dzień 25-ty. Rok 2025. Czekacie na święta?

Pragnienia to najmocnej pracujący silnik świata. Ludzie myślą, że świat napędza ropa, bitcoinsy, Elon Musk albo kurwa Masoni. Bzdura! Wszystko kręci się na pragnieniach. Bez nich nie byłoby sensu wstawać rano z łóżka – no chyba, że twój sens ma cztery łapy, mokry nos i szybko się wkurwia gdy chce kupa-siku. Dobra, ale na poważnie. Czym jest do cholery pragnienie? To taki mały, wewnętrzny skurczybyk, który mówi w tobie:

„Stary, musisz chcieć więcej. No dawaj, jeszcze trochę. Jeszcze kawałek. Jeszcze odrobinę”,

I właśnie dlatego kupujesz książki, których być może nie przeczytasz, oglądasz filmy, których być może nie rozumiesz, i prowadzisz dysputy filozoficzne, być może, które za chuja się nie kleją – na pewno nie bardziej niż owiany złą sławą stół w TVN-ie.

Pragnienia to taki wewnętrzny diler, który siedzi w człowieku i cały czas pyta:

Bez pragnień ludzkość dalej siedziałaby w jaskiniach, a największą ambicją człowieka byłoby nie zamarznąć i nie zasrać się na amen. Pragnienia to kosmiczny napęd, do rzeczy przyziemnych ale też do zdobywania szczytów i chwytania gwiazd. Bywają ciche, skryte pod skórą – wtedy karmione wstydem, albo nieufnością. Są też te głośne, afirmowane z dumą i intencją. Mogą być zabawne, przerażające, wspólne i bardzo osobiste. Zawsze jednak są do szpiku kości ludzkie.

I właśnie o takich pragnieniach – tych śmiesznych, tych głębokich, tych prawdziwych i tych, o których ludzie milczą będzie ten Bzdurnopis. Dziękuję, że jesteś. Pomagasz nawadniać moje pragnienie. To zajebiste uczucie.

Wtorek – nadal. Godzina 12:04. Warszawa.

Święty spokój! Ja pierdolę, czujecie to? Takie przyjemne mizianko w okolicach przysadki mózgowej. Czy święty spokój to jeszcze pragnienie czy już polski ból fantomowy? Przecież Polak pamięta każdy raz, kiedy mu ten spokój zabrano. My już nie rodzimy się ze spokojem. Od samego początku jesteśmy w jebanym napięciu. Rodzimy się rozwrzeszczani, w niemowlęcej histerii położniczej. Jakbyśmy już wiedzieli, że ktoś będzie chciał nam coś podpierdolić – przyszłą miłość, pieniądze, czas, godność.

Może właśnie dlatego święty spokój to dla nas takie zjawisko metafizyczne, że nawet jak go mamy, to nie wierzymy, że jest prawdziwy. Ciągle i niezmorzeni czekamy, aż ktoś włączy światło i powie – pobudka kurwa, do roboty

Polacy jednocześnie pragną spokoju, ale za chuja nie ufają spokojowi Spokój jest dla nas podejrzany.

Spokój to karta pułapka.

Skąd to się bierze? Z mojej ulubionej – historii oczywiście. Z tego, że przez wieki każda chwila ciszy była tylko pauzą przed kolejną katastrofą. W Polsce ludzie mają zakodowane, że jak jest cicho, to na pewno nie dlatego, że jest dobrze. Cisza to najlepszy dowód, że coś się kurwa szykuje. W pewnym sensie święty spokój przypomina u nas pogodę: jak świeci słońce, to zaraz będzie burza, chuj zbity.

Ale w sumie to tylko część prawdy. Bo ten pęd, to zmęczenie, ten wspólny rozpierdol w głowach bierze się jeszcze z jednego: nie umiemy żyć inaczej niż w trybie ponadprogramowej czujności. Kraj wiecznej gotowości – ale nie militarnej, tylko naszych rezerw uczuciowych. Każdy z nas jest własną jednostką straży pożarnej na sygnale. Nawet jeśli nic się nie pali, to i tak rozglądamy się nerwowo wypatrując dymu.

Pragnienie świętego spokoju wyrasta więc nie tylko z przeciążenia, ale też z głębokiej, wstydliwej tęsknoty za momentem, w którym nie trzeba być szaleńczo dzielnym. Za chwilą, w której można zrzucić zbroję. Za dniem, który nie jest spędzony na rutyniarskim Mortal Kombat z rzeczywistością.

Ja jebie, ale my tego spokoju nie potrafimy utrzymać. Gdy tylko nagle nic się nie dzieje, to włącza nam się tropienie, węszenie spisku . Polak w ciszy zaczyna słyszeć swoje własne myśli, a to, jak się okazuje, bywa bardziej przerażające niż brzęczenie powiadomień z Messengerów, maili, ZUS-ów i wszystkich innych chujostw. Żeby mieć spokój trzeba trochę upuścić z głowy, wypierdolić nadmiar. Niestety to diabelsko trudne, bo jeśli idzie o nasze głowy to cierpimy na patologiczne zbieractwo każdego gówna. Trudno nam odpuścić i ta syllogomania ciąży, trzyma przy ziemi i odbiera ten chyba rzeczywiście upragniony święty kurwa spokój. Wielka szkoda. Chciałoby się napisać: „spokojnie” – ale to okrutne.

Środa, 26.11.2025. Czuję dziwne zmęczenie. Może ciągnie rozkłada? Godzina 07:14.

Życie bez siary – słodki jeżu w pomarańczach! Samo wypowiedzenie tego brzmi totalnie pojebanie. Zastanów się czy pół życia nie stoisz na krawędzi i wreszcie chciałbyś zrobić krok, ale nie w dół, tylko w stronę samego siebie, dla swojego jebanego komfortu. Wyobraź sobie jeden kurwa dzień, w którym nie musisz pilnować języka, dzień bez krępacji, bez czujności, bez analizowania każdego ruchu. Poczucie siary w Polsce nie zaczyna się wcale na ulicy gdzie wypierdalasz się na lodzie, ani nie w rodzinie, w której podchmielony wujek komentuje, że grozi Ci staropanieństwo. Nie zaczyna się też w pracy, w której wszyscy pamiętają, że wyjebałeś na city break rzucając L4. Ono swój początek ma pod twoją czaszką. Pojawia się zjebane echo, które jest surowe, egzaminatorskie, niepohamowanie krytyczne. Prawdę mówiąc nie ludzie nas zawstydzają. My sobie to robimy. My jesteśmy sobie własnym nadzorcą, mentalnym oprawcą, który łazi za nami krok w krok i mówi: „Uważaj, zaraz coś odjebiesz, a potem będzie płacz i cringe.”

My się kurewsko mocno boimy tej żenady w swoim środku. Boimy się być spontaniczni, kurwa, gdziekolwiek – ja pierdolę, to nie do pomyślenia. Spontaniczność to dla nas Święty Gral swobody. Zmienisz zdanie – wstyd. Zapomnisz czegoś – wstyd. Powiesz coś w emocjach – wstyd. Powiesz coś zbyt chłodno – też kurwa źle. Czy człowiek w tym kraju potrafi po prostu iść przez życie? Absolutnie nie. Lawirujemy jak po polu minowym. Każdy krok to potencjalny wybuch. I potem, jak już w końcu pierdolnie, to nawet nie z powodu wielkiego błędu, tylko jakiejś drobnej, ludzkiej pomyłki: wypowiedzianej głupiej uwagi, niezdarnego gestu, spojrzenia w złym momencie.

Najgorsze jest jednak to, że ten hamulec przed zrobieniem słabego wrażenia stał się dla nas czymś w rodzaju kagańca. Zajebiście mocno tresujemy siebie samych stresem. Od dziecka: siedź prosto, nie wygłupiaj się, nie przeszkadzaj, nie mów głośno, nie mów cicho, nie mów głupot. A potem taki człowiek dorasta i odkrywa, że każda jego cząstka, każda myśl, każdy nieopatrzny entuzjazm albo nagłe milczenie – to wszystko może być powodem do wstydu. I nieważne, czy kiedykolwiek coś takiego faktycznie nastąpiło. Wystarczy, że istnieje w głowie – upierdliwy chochlik, który pilnuje, żebyś nie rozwinął skrzydeł, bo przecież możesz się spierdolić na ziemię. Wtedy będzie co? A no kurwa wstyd.

Życie bez trigerowania oznaczałoby, że można zrobić coś pierwszy raz bez strachu, że będzie śmiesznie. Że można płakać bez myśli „o matko, jak ja wyglądam”. Że można się zakochać bez symulowania chłodnego dystansu. Że można się pomylić i nie bać się, że ktoś to zapamięta na siedem pokoleń. W Polsce jednak błąd nie jest błędem – jest już rezultatem jak postrzegać cię będzie reszta. Człowiek po nim chodzi jak skazaniec, który odbywa karę w swoim własnym mózgu, w miejscu, gdzie żaden adwokat go nie wybroni. I to dlatego tak trudno wyrwać się z tego gówna. Bo nie chodzi o to, że ktoś ma o nas złe zdanie. Chodzi o to, że my mamy złe zdanie o sobie zanim ktokolwiek otworzy usta, żeby powiedzieć co tak naprawdę o nas myśli.

Chodzi o to, że my nie potrafimy zobaczyć siebie tak po ludzku, zwyczajnie, z czułością, z akceptacją. Zawsze jest jakaś łata do zasłonięcia, jakiś grymas do poprawienia, jakiś głos do zduszenia.

Życzę sobie i wam żeby raz kurwa odetchnąć bez poczucia, że robimy coś niepoprawnego.

Życie zasługuje na to żeby móc czasem trwać bez tego pierdolonego, wiecznego karania się za błędy. W życiu można w końcu powiedzieć: „jestem tylko i aż człowiekiem”. A nie projektem. Nie misją z dokładnym planem na realizację . Żadną pierdoloną społeczną kukłą do tańczenia w rytm cudzych oczekiwań. I choć brzmi to banalnie, to prawda jest taka, że w tym kraju powiedzieć „nie wstydzę się siebie” to jak zrobić coming out z własnej wartości. To największy akt odwagi, jaki możesz dla siebie zrobić. Serio. Spróbuj.

Nieustająco środa, ale to już ostatnie minuty. Idę spać.

Mamy czwartek, godzina 08:14. Dzień 27, miesiąc listopad.

Zastanawiałem się dłuższą chwilę jak kontynuować moje filozofowanie. Bo zostaje mi jeszcze to pragnienie – najbardziej pierwotne, najbardziej rozpierdalające. Pragnienie odpowiedzi na pytanie:

„Po chuj ja tu jestem?”.

Pytanie fundamentalne i jednocześnie posrane – bardziej niż szukanie rozstrzygnięcia dla: „co było pierwsze, jajko czy kura?”. Potrzeba sensu rośnie w nas z rozmachem pieprzonego egzystencjalnego guza. Jest trudno wykrywalny, ale można z nim funkcjonować na pozór normalnie i dożywać późnej starości. Można pracować, płacić rachunki, wkurwiać się na ZUS, uśmiechać się do ludzi w osiedlowej piekarnice, wyjeżdżać na wakacje i odkładać na studia dzieci. Ale on istnieje. Pracuje w nas – niewygodny, uparty kawał pytania, który przypomina o sobie zawsze wtedy, kiedy świat choćby na sekundę przestaje hałasować. W ciszy. W nocy. W autobusie, kiedy przylepieni połową twarzy do okna, patrzymy na miasto:

„Czy to wszystko ma w ogóle sens?” – i zaczyna się.

Każdy, absolutnie każdy człowiek, choćby był najbardziej cynicznym skurwysynem na tej planecie, ma w sobie tę pieprzoną potrzebę sensu. Chęć, żeby świat, całe to życie i jego własna egzystencja układały się w jakąś historię. Każdy kiedyś zadaje sobie to pytanie, choć nie zawsze na głos. Czasem szeptem, czasem pijany, czasem po seksie, czasem przed snem, czasem w środku dnia. Zdarza nam się stać w totalnej pustce, jak idioci na środku ringu jestestwa dnia codziennego, zastanawiając się, kto właściwie jest naszym przeciwnikiem, czy jest z nami jakiś sędzia, ile to jeszcze potrwa i czy to ma jakikolwiek cel.

Ale – o ironio – większość z nas chyba wcale nie chce znać odpowiedzi. Bo odpowiedź może być nie do uniesienia. Może nagle okazać się, że połowa „życiowych decyzji” to były odruchy, mechanizmy, jedynie paniczne próby życia. Albo że robisz rzeczy kompletnie losowe i jedyne, co trzyma cię przy życiu, to rozpęd i przyzwyczajenie. Istnieje wysokie ryzyko, że odpowiedź, może być o wiele gorsza niż pytanie. Bo co, jeśli odpowiedź brzmi:

„nie wiem”? Albo: „dla nikogo”? Albo, najokrutniej: „dla siebie”.

Pragnienie znalezienia odpowiedzi na „po chuj ja tu jestem” jest trochę jak pragnienie zajrzenia pod wodę w jeziorze z niepokojących legend, w którym nigdy nie wiesz, co pływa pod powierzchnią. Człowiek ma ten masochistyczny instynkt, rodem z horrorów klasy „B” – chce zanurkować, ale też boi się, że woda jest ciemniejsza, głębsza i zimniejsza, niż zakładał. I że to, co tam zobaczy, będzie wymagało od niego zmiany.

A zmiana jest straszniejsza niż bezsens. Bezsens przynajmniej może przybrać formę stałą. Bezpieczny jak brzydki, ale oswojony pies przybłęda.

Gdyby każdy z nas naprawdę dowiedział się, „po chuj tu jest”, to połowa ludzi zmieniłaby całe życie, a druga połowa wpadłaby w takie odklejenie, że szpitale nie miałyby wolnych łóżek przez dekady – a już teraz jest nie mały problem. Może odpowiedź na tego hamletowskiego dżingla kompletnie by nas nie zadowoliła. Może by nas rozjebała. A może byłaby tak prosta, tak kurwa zwyczajna, że aż obraźliwa. Nie byłoby w niej niczego romantycznego, żadnego przeznaczenia, żadnego pierdolonego „wszystko dzieje się po coś”. Mogłoby się okazać, że jesteśmy tutaj, bo jesteśmy. Że życie jest sumą przypadków, ruchów i konsekwencji, i jedyne, co możemy naprawdę zrobić, to nadać temu sens własnymi rękami – albo nie nadawać go wcale.

I dlatego to pragnienie jest takie potężne, a jednocześnie takie przerażające. Bo każdy z nas chce wiedzieć, ale nikt z nas nie jest po prawdzie na to gotowy. Bo zaspokojenie tego pragnienia, może mieć siłę i cię zmienić. I może cię też uwolnić. Ale nie ma żadnej gwarancji, że ci się spodoba to, co zobaczysz.

Więc stoimy tu, kurwa, między dwoma światami: tym, który znamy, pełnym hałasu, pośpiechu, stresu i wyuczonych stereotypów na każdy kolejny dzionek, i tym drugim – pełnym tajemnic, głębszym, w którym czeka odpowiedź. Stoimy nad bezkresem i zadajemy to pytanie:

„Po chuj ja tu jestem?”

A potem uciekamy, jakbyśmy bali się, że Wszechświat naprawdę odpowie.

A może życie nie polega na znalezieniu tej odpowiedzi, tylko na tym, żeby potrafić żyć z tym pytaniem. Żeby dać sobie prawo do niewiedzy i mimo to iść dalej. Robić swoje. Czuć. Kochać. Ranić się i naprawiać. Może odpowiedź nie jest celem, tylko paliwem. I może to wystarczy. A może kurwa nie. Ale i tak idziemy dalej, bo co innego mamy robić. Pojebane? Owszem.

Piątek. 28 listopad. Z samego rana.

Musi kurwa o to właśnie chodzić: nie o to, by dojść do jakiejś idealnej, jebaniutkiej puenty, tylko żeby wiedzieć, że jesteśmy zlepkiem pragnień – tych godnych zachwytu i tych, które wolelibyśmy wyrwać z siebie i wypierdolić w nicość. Miałem w życiu ileś pragnień, nadal dużo mam, jeszcze więcej mieć będę. Nic co ludzkie, nie jest mi chujowe – jest ważne. Zawsze.

Dziękuję, że przeczytałeś

Paweł Sobierajski

Categories: Bzdurnopis
Tags: Bzdurnopis
Paweł Sobierajski:
Related Post