Franciszek – Game Over. Święty Duch znów musi udawać, że ma jakikolwiek wpływ na to, kto założy białą kieckę i będzie się bawić w korporacyjnego menadżera zbawienia. A my? My, idioci historii, obserwujemy kolejny sezon watykańskiego „Big Brothera”, tylko z mniejszą ilością seksu i większą dawką pychy. Teraz zaczyna się prawdziwa Gra o Tron. Tyle że zamiast smoków mamy ujebane mirrą kadzidła, a zamiast mieczy, krzyżyki i zdradliwe fiutki pod sutanną.
Konklawe? Gówno, nie konklawe. Konklawe to giełda. Watykańska Wall Street, zamiast akcji sprzedaje się świętość na uncje, a moralność przeliczana jest na euro i wpływy polityczne. Kardynałowie już teraz, niczym spasiona banda brokerów, obmacują się wzrokiem, liczą długi wdzięczności i ciche przysięgi, które złamią szybciej, niż hostia łamie się na ołtarzu.
Kto wygra? Faworytów jest kilku, rzecz jasna każdy bardziej plastikowy od drugiego. Peter Turkson, Afrykańczyk, ładnie wygląda na zdjęciach, no ale Kościół nie jest gotowy na czarnego papieża. Za dużo w nim rasizmu zatopionego w liturgicznej politurze, zamiecionego pod marmurowe posadzki bazylik. Matteo Zuppi, ohohoho progresywny, niby-otwarty, ale z drugiej strony śliskim językiem potrafi udławić każdą zmianę. Typowy włoski lis w papieskiej pelerynie. A jeszcze jest Raymond Burke, taki wściekły pitbull broniący tradycji, który najchętniej wybebeszyłby świat, żebyśmy znowu bali się piekła bardziej niż nowotworu w rodzinie.
Ale luzujmy, nic się, kurwa, nie zmieni. Kościół przecież nie wybiera proroka, tylko swojego dupochronnego tłumacza symultanicznego i rzecznika prasowego w jednej osobie. Kogoś wystarczająco sklerotycznego, żeby nie zrobił rewolucji, i wystarczająco młodego, żeby nie kopnął w kalendarz po trzech latach kadencji. Wybiorą biurokratę w przebraniu świętego, sprytnego politycznego gracza, który wie, jak zamieść gwałty księży pod dywan grubszy niż bazylikowe kobierce.
Konklawe to rewia absurdu. Kardynałowie zamknięci jak sardynki w Kaplicy Sykstyńskiej, spoceni, śmierdzący starczym potem, udający, że ich wybory są prowadzone przez Ducha Świętego, a nie przez mafijne układy jak z Neapolu. Wiesz, co to jest „inspiracja Ducha Świętego”? Tajna notatka przemycona w kieszeni ornatu. Albo cichutki deal: „Ja głosuję na twojego kandydata, ty załatwisz, żeby mój zakon dostał kasę na budowę nowego klasztoru”. Świętość na sprzedaż, tylko dziś, tylko dla wybranych!
Cały ten ich biały dym to nie znak łaski, tylko pierdolony sygnał: „Deal done.” Biznes zamknięty, wybraliśmy nowego CEO katolickiej korporacji, czas na konferencję prasową i nową kampanię marketingową. „Papież blisko ludzi”, „papież ekolog”, „papież uśmiechnięty”, „papież, który kocha zwierzęta”, przecież każdy dostanie swoją wersję.
Wciąż będą pieprzyć o miłosierdziu, a jednocześnie kryć przestępców w sutannach. Wciąż będą bredzić o ubóstwie, a złoto w Watykanie będzie lśniło jaśniej niż jebane słońce. Wciąż będą mówili o „niewinnych ofiarach”, a dzieci będą gwałcone pod osłoną sakramentów.
I my, jak stado durniów, będziemy się temu przyglądać, z otwartymi ustami, jakbyśmy widzieli cud, a nie kolejną watykańską giełdę bezwartościowych marionetek.
Nie ma świętych w tej grze. Są tylko lepsi i gorsi gracze.
I ten, który teraz założy biały płaszczyk, nie będzie Mesjaszem.
Będzie tylko kolejnym sprzedawcą marzeń – z watykańskim logiem przypiętym do serca jak kurewski order za hipokryzję.