
Pod moim płucem mieszka potwór i czasem się w niego zmieniam. Siedzi cicho, nie robi scen, czai się. Przez wiele lata dawałem mu wszystko, czego chciał.
Zaczęło się zwyczajnie od piwka, pierwszy łyk wódy – tak na spróbowanie. Nie pamiętam kiedy już nad tym nie panowałem. Piłem nie dla smaku, tylko dla odcięcia. Do momentu, w którym stawałem się wolny i jednocześnie traciłem kontrolę. Rano budziłem się jak po wpierdolu. To ja. Trochę inny, trochę bardziej bezwzględny. Z czasem zostałem ze sobą i tym piciem jak w jakiejś pojebanej relacji. Trwałem w: ile jeszcze mogę, jak daleko się posunę – nie było „słowa zaufania”. Czułem wszystko. Każdy cios. Bo to ja je sobie zadawałem i ja je czułem. Oprawca i ofiara w jednym ciele. Zamknięty obieg przemocy, który nie potrzebował nikogo z zewnątrz. Dziś mam 9 miesięcy trzeźwości.
Jestem w terapii. I wiesz co? Ten potwór dalej tu jest. A ja dalej uczę się nie być dla siebie i dla świata tylko skurwysynem.
Wielkanoc to jest dziwne święto, jak się przyjrzeć na trzeźwo. Stół zastawiony, żarcie pachnie, ludzie się uśmiechają, wszystko jest trochę nad wyrost i na zapas. Daleko, z tyłu sałatki jarzynowej stoi ten obraz człowieka przybitego do krzyża.
My to oglądamy co roku. Bez zdziwienia. To do prawdy spektakularne, że przywykliśmy. To już element dekoracji, jak baranek z cukru, tylko mniej słodki. Nikt się nie zatrzymuje przy tym na dłużej, bo po co. Bo zaraz śniadanie, bo rodzina. Ale to gdzieś zostaje – ten widok, taki układ sił. Jeden przybity, reszta stoi. Ktoś patrzy, inni odwracają wzrok, może najwyżej, coś komentują pod nosem. Ale to jest kurwa znajome. Bardzo znajome. Ktoś jest wystawiony, ktoś jest oceniany.
Lubimy sobie myśleć, że jesteśmy po tej dobrej stronie. Że my to byśmy wtedy stanęli obok, że byśmy krzyczeli, że byśmy może nawet coś mądrego powiedzieli, jacyś tacy lepsi, bardziej ogarnięci. Tylko że to jest taka bajka dla dorosłych, żeby się lepiej spało, a wcześniej dobrze bzykało – krew nie woda. Prawda jest zawsze dużo brzydsza.
My nie tylko patrzymy. Lubimy dokładać. Wiem że dopierdalam słowem, czasem śmiechem, albo tym jednym komentarzem, który niby nic, a jednak kogoś trafia między oczy. Albo jest we mnie brak gotowości do reakcji, który jest wygodny, bo ręce mam czyste, sumienie może się pierdolić. Cała historia zaczyna wyglądać inaczej. Jak bardzo łatwo zrobić z kogoś tego, który wisi. I jak bardzo łatwo stanąć po tej drugiej stronie, nawet jeśli całe życie wmawiasz sobie, że jesteś nadzwyczajnie wrażliwym chłopcem. Nie ma tu stałego angażu do jednej roli. Dzisiaj patrzysz, jutro jesteś wystawiony, pojutrze sam przytrzymujesz komuś ręce. Między jednym kęsem a drugim. Między „smacznego” a „podaj sól”. Ile we mnie chujostwa i obłudy. A w Tobie? W Was?
Oprawca i ofiara. To jest jeden i ten sam człowiek, tylko w innym dniu. Albo nawet w tej samej godzinie. Wszystko wydarzyć się w nas może, w mgnieniu oka. Nie ma momentu, w którym stajesz na nogi i mówisz: „od dziś będę skurwysynem”.
Nie. To się zaczyna w twoich latach minionych. Od tego, że ktoś cię gdzieś namaścił. W szkole, na podwórku, w domu, gdziekolwiek – bez różnicy. Ktoś cię sponiewierał, wtedy nastąpiło zgięcie. Żyje tak od niepamiętnych czasów. Z tym lekkim skrzywieniem w środku, które potrafi spierdolić we mnie wszystko. Samotność uczy tego najlepiej. W samotności nie bawisz się w delikatne narracje. Albo jesteś tym, z którego się leje, albo tym, który leje. Niekoniecznie pięściami – ja potrafię tylko językiem. Jedno zdanie i czuję się silnym, żałośnie silnym fiutem.
Wracałem z tym do domu i piłem. No właśnie. Nie siadałem do głębokich analiz, tylko piłem i później oddawałem dalej i więcej. Gdzieś musiało to wyjść, bo inaczej by mnie rozsadziło. Więc oddawałem tam, gdzie mogłem. Każdemu kto trafił na mój cholerny zły moment. Nagle złapałem się na tym, że mówię dokładnie tym samym tonem, którego sam nienawidzę. Bywało, że przez sekundę miałem przebłysk: „o kurwa, to ja”. Ale ta sekunda szybko mijała. Następowała ulga. Upuściłem z siebie zepsutą krew. Zechciałem to powtarzać. Polska stoi na takich mikroprzemocach. Na tych wszystkich małych „nic się nie stało”, które się kumulują, aż niepodziewanie całe życie zbudowane jest na tym, kto kogo może bardziej dociskać. Kto komu mocniej przypierdoli. Najśmieszniejsze i najbardziej pojebane zarazem – jest to, że każdy uważa się za ofiarę. Serio. Każdy ma swoją historię i swoje „bo mnie też”. I to jest prawda. Tylko że z tego robimy sobie alibi. Skoro jesteś ofiarą, to niby masz prawo. Masz prawo być wkurwiony, masz prawo oddać, masz prawo „postawić się”, nawet jeśli to postawienie się polega na tym, że dręczysz kogoś, kto akurat nie ma jak się obronić. I tak to krąży. Ta jebana sztafeta. Jeden ci podał pałeczkę, ty podajesz dalej. Nikt jej nie chce zatrzymać, bo zatrzymanie oznacza, że całe to gówno zostaje u ciebie. Nie ma odważnych chętnych. Jak oddajesz, to nic się nie kończy. Dziecko gnębione w szkole wyrasta na typa, który gnębi innych. Dziewczyna, której ktoś latami umniejszał, zaczyna umniejszać dalej, nawet jeśli bardziej subtelnie, i z większą elegancją, żeby nikt nie mógł się przyczepić. Mnie ktoś kiedyś złamał, i kurwa ja też łamałem innych, żeby nie poczuć znowu tego samego. Jesteśmy napięci, agresywni i w końcu wybuchamy. Najgorsze jest to, jak szybko to się odwraca. Naprawdę szybko. Możesz rano być tym, którego ktoś ruga , a wieczorem już tym, który ruga innych. Jeden impuls. To nie są jakieś wielkie przemiany charakteru. Impuls. I już. Oczywiście, że nikt nie chce być oprawcą. To źle brzmi, brzydko, ciężko się z tym utożsamić. Każdy woli być tym pokrzywdzonym. Tylko że jak się naprawdę uczciwie przyjrzymy sobie – tak bez pierdolenia, bez ładnych słówek – to zobaczysz momenty, w których sami dopierdalamy. Ten moment najchętniej się wypiera. O niebo lepiej i łatwiej jest pamiętać, jak cię bolało, niż jak ty kogoś zabolałeś. Dopóki będziesz tylko ofiarą, dopóty będziesz miał w rękawie usprawiedliwienie na wszystko. Jesteśmy jednocześnie jednym i drugim. To zwykła, brudna codzienność. Możesz z tym coś zrobić albo nie. Możesz zatrzymać tę pałeczkę i się z nią męczyć, albo podać dalej i mieć chwilę spokoju kosztem kogoś innego. Tylko nie pierdol potem, że nie wiedziałeś. Przestańmy się usprawiedliwiać. Ja swoją winę biorę na siebie. Już czas.
Wesolutkich, mimo wszystko, mimo cały świat.
Paweł

