
Z daleka zamek wyglądał jak coś, czego nie powinno się dotykać. Był jak render z katalogu luksusowych i zakazanych ludzkich pragnień. Idealnie przycięta trawa, czyste niebo, wszystko ustawione jak pod drona. A pośrodku olbrzym – kamienny, ciężki, z wieżyczkami niczym śmiertelne ostrza. Trochę był baśnią, trochę był groźbą.
Nie był z pocztówki. Był imponujący – prężył swoje kamienne muskuły, nie przestając nawet na chwilę być chłodnym. Gdybym mógł go poczuć, czułbym mrowienie.
Kamień miał kolor przybrudzonej kości. Po ścianach wspinały się czerwone pnącza, jakby budynek powoli krwawił jesienną aurą. Z jednej strony mała kaplica z wąską wieżyczką, pilnować miała sumień i utulać grzechy, które za chwilę będą tu popełniane. Wszystko było symetryczne, uporządkowane, jakby ktoś chciał za wszelką cenę udowodnić, że świat da się zaprojektować.
Salon był zupełnie inny. Ciepły, pełen kolorów, rozkochiwał swoją przesadą, gardząc każdą myślą o skromności. Czerwone kanapy, miękkie – zastępowały tkanki dla architektonicznego organizmu, turkusowe zasłony ciężkie i teatralne. Ogromny kominek z herbem – złoto, czerwień, lwy, tarcze. Historia, której nie rozumiałem, ale w której zacząłem być mimowolnie bohaterem. Ogień palił się spokojnie – w naszych głowach i marzeniach. Zamku zupełnie nie obchodziło kto kogo spróbuje wyeliminować. Zamek chciał tylko patrzeć.
Najbardziej działały na mnie okna – jego szlachetne ślepia. Wysokie, jak w katedrze. Przez nie widać było pagórki, lasy, jesienne bogactwo skryte w koronach drzew. Horyzont szeroki i obojętny. Tam świat był jakby obok: drzewa, wiatr, niebo. Tu w środku – napięcie. Milczenie, które powinno trwać nieskończenie, przebiliśmy naszymi zachwytami nad tym gdzie przyszło się nam znaleźć.
Zamek był piękny, ale czy przyjazny? Wszystko było tu większe od nas. Wyższe, cięższe, starsze, i pełne tajemnic. Czułem, że jesteśmy tylko epizodem. Formatem. Sezonem. On zaś był nieśmiertelny.
Najdziwniejsze było to, jak bardzo to miejsce pasowało do gry. Na zewnątrz baśń – wieżyczki, kaplica, zieleń jak z obrazu. W środku – niepewność. Strach przed tym, że ktoś wymówi twoje imię przy stole.
Czasem patrzyłem na czerwone pnącza wspinające się po murach i miałem wrażenie, że to my. Każdy próbuje piąć się wyżej, zaczepić, utrzymać. A mur nawet tego nie czuje, drwi z nas i nigdy się nie kończy. Rośnie wraz z naszymi pragnieniami zwycięstwa.
Ten zamek był lustrem. Pokazywał nas powiększonych – nasze ambicje, lęki, potrzebę kontroli i modlitwy o łaskawość. W nim i w nas było wiele niepokoju..
Zamek pamiętam doskonale. Zanim zaczęliśmy grać przeciwko sobie, to miejsce już grało z nami.
W baśniach na zamkach mieszkają księżniczki. Królowie siedzą na tronach, rycerze w błyszczących zbrojach prawią o honorze. Wszystko ma swoje miejsce. Każdy wie, kim jest.
Ja postanowiłem być błaznem.
Wcale nie dowcipnym, który kontroluje sytuację skrywając prawdziwe oblicze pod maską ironii. Ja to ten zbyt głośny. Trochę zbyt nerwowy. Uśmiechnięty o sekundę za długo. Ubrałem się w lekkość, która była zszyta krzywym ściegiem ze stresu i narastającej paniki. Grałem kogoś, kogo nie trzeba się bać. Kogo łatwo zlekceważyć.
Chciałem być niegroźny. Głupi.
Byłem przekonany ponad wszystko, że jeśli komuś przypadnie rola zdrajcy, to właśnie mnie. Czułem to niemal organicznie. Takie napięcie pod skórą.
Wybrałem więc strategię wyprzedzającą. Skoro i tak mają patrzeć, niech patrzą na kogoś, kto wydaje się zbyt chaotyczny, żeby cokolwiek planować. Zbyt rozproszony, żeby knuć. Błazen nie jest przecież konstruktorem spisków. Błazen jest nikim, kogo należałoby się bać.
To miała być moja tarcza. Śmiech zamiast powagi. Autoparodia zamiast prawdy.
Problem w tym, że im dłużej grasz głupca, tym bardziej zaczynasz się zastanawiać, czy ktoś nie uwierzy w to za bardzo. A może – czy ty sam nie zaczniesz.
Sala z okrągłym stołem była sercem zamku. Okrągła, wysoka, z zielonym światłem wpadającym przez ogromne, ostrołukowe okna. To światło było nienaturalne. Zbyt czyste. Podłoga czarna, błyszcząca, z jasną gwiazdą w centrum. Każdy z nas siedział w tej samej odległości od środka. Każdy tak samo widoczny. Nikomu nie udało się schować – nie było z resztą gdzie.
Krzesła ciężkie, czarne. Przed każdym kieliszek – na przekór cienki, kruchy, jakby ten kontrast był kaprysem ducha zamku. Ten detal zawsze mnie uderzał. Wszystko monumentalne, a szkło delikatne. To dowód i ostrzeżenie, że wszystko może w każdej sekundzie pęknąć.
Założyliśmy czarne opaski. Świat zniknął natychmiast. Nie było już sali, stołu, twarzy, był ocean ślepoty, w którym dryfowały moje przekonania i wróżby tego co może się stać. Usłyszałem mój oddech. Był tak głośny, czy ja stałem się tak czujny? I te myśli, które zaczęły się odbijać od środka czaszki.
Słyszałem stukot obcasów Malwiny. Równy. Spokojny. Chodziła między nami powoli, jakby chciała wydłużyć moment decyzji. Jakby sama przed nim uciekała. Bransolety brzęczały ciężko przy każdym ruchu. Metal o metal. Dźwięk, który w tej ciemności urósł do czegoś niemal ceremonialnego.
Każdy krok był w metrum. W tym walcu jedni stracić mieli nadzieję, drudzy zyskać przewagę.
Czułem, jak ciało napina się w oczekiwaniu. Byłem pewien, że za chwilę poczuję dłoń na ramieniu. Krótki dotyk, który zmieni mnie w łowcę. Namaszczenie. Wyrok. Awans do roli, której się nie bałem i której byłem wilczo głodny.
Czas przestał płynąć normalnie. Rozciągnął się. Zrobił się ospały i leniwie okrutny.
I nagle – cisza.
Ktoś został wybrany. Może dwóch. Może trzech. Dotyk osiadł gdzieś obok, ale nie na mnie. Minął mnie jak wiele dobrych rzeczy w życiu. Nie mogłem już nic zrobić.
Opaska dalej zasłaniała oczy, a ja już wiedziałem.
Nie ja.
Pierwsza myśl to było zdziwienie. Prawie złość. Jak to możliwe? Byłem przygotowany. Ułożyłem sobie w głowie cały scenariusz. Miałem być tym, którego się podejrzewa. Tym, który gra podwójnie.
A zostałem nikim szczególnym. Z łowcy stałem się zwierzyną.
Musiałem się bronić. Więc na nowo narodziłem się prawdziwy.
Nie żałujcie róż, kiedy zaczynają się igrzyska. Kwiaty w takich miejscach tracą woń pachną – ale zyskują znaczenie.
Biała róża była jak podpis: ufam ci. Czarna – jak skreślenie nazwiska w notesie. Niby proste. I czytelne. A jednak coś w tym było podejrzanie łatwe. Zbyt symboliczne, jakby ktoś chciał, żebyśmy uwierzyli w jasne podziały.
Nie dostałem żadnej.
Stałem z pustymi rękami i czułem się jak błąd w obliczeniach. Ani wybrany, ani skreślony. Zamek milczał, ale miałem wrażenie, że się ze mnie śmieje. Że cała ta kamienna konstrukcja patrzy i mówi mi, że nie jestem godny tej gry. Pustka bywa gorsza niż wyrok. Czułem się skonfundowany, pogubiony wśród obcych ludzi.
Porozmawiajmy o tych, których już z nami nie ma. O tych, którzy odpadli, zanim gra zdążyła się naprawdę rozkręcić. Zniknęli szybciej, niż zdążyliśmy ich dobrze poznać. W takich warunkach człowiek nie odchodzi spektakularnie – zwyczajnie zostaje na peronie.
Heroizm Wioli mnie zaskoczył. Wróciła, bo chciała się poświęcić. W świecie, w którym każdy pilnuje własnej skóry, to brzmiało niemal staroświecko. Ksiądz Rafał poszedł w ślady swojego idola. Ofiara zawsze wygląda dobrze w teorii. W praktyce zostaje po niej milczenie uciskające niczym zbyt małe pantofle.
I kilka spojrzeń, które szybko uciekają w bok. Jak sarna w las, oślepiona przez światła samochodów.
Wojtek został wylosowany. Widziałem narastającą frustrację. Cóż było to pewnie to uczucie, kiedy nie masz wpływu na nic, a jednak ponosisz konsekwencje. Najgorsza w tej grze okazuje się nie być zdrada. Najgorsze jest to, że czasem decyduje przypadek.
W tym rozdaniu nikt nie odpadł. Paradoksalnie to też potrafi zmęczyć. Ulga trwa chwilę, a potem wraca napięcie. Trzeba było wybrać kolejny raz trzech śmiałków. Padło na księdza, Karolinę i Dariusza. Widziałem w ich twarzach mieszankę determinacji i rezygnacji.
To smutne. Nie będę tęsknił.
Każdy rozdział tego pamiętnika będzie miał swoich bohaterów. Dzisiejszy ma trzech. Nie tych, którzy odpadli. Tych, którzy zostali i zaczęli grę – ale każdy z innym doświadczeniem.
Malwina wybrała trzeciego zdrajcę. I zrobiła to w sposób, który do dziś brzmi jak złośliwość scenarzysty – podczas rozmowy telefonicznej, na oczach wszystkich. Staliśmy w sali, przelewały się w nas obawy, a telefon krążył między nami jak zapalony lont. Do słuchawki podchodziło się po wywołaniu przez osobę, która właśnie skończyła rozmowę. Każdy krok w stronę aparatu był spacerem w nieznane rewiry przyszłości.
Marcin odmówił.
I to był moment, w którym coś we mnie drgnęło. Do tej pory widziałem w nim kogoś niepozornego – okrągłe okulary, spokojny głos, trochę jak student, który zawsze ma notatki lepiej poukładane niż reszta kolegów. Teraz patrzę na niego jak na maga. Takiego, który nie potrzebuje księgi i kotła, żeby czarować. Wystarczyło jedno „nie”.
W zamku nie istnieją teorie spiskowe. Tu każda decyzja może być baśnią albo pułapką. Odmowa podejścia do telefonu była ryzykiem. I demonstracją siły. Przez chwilę Marcin przestał być uroczym chłopakiem w okularach. Stał się kimś stanowczym. Kimś, kto potrafi postawić granicę, nawet w jazgocie dopingujących gapiów.
Podobało mi się to. Bardzo.
Nie improwizował – chyba. Analizował – też chyba. Próbował przewidywać ruchy innych – nie będę się powtarzał. Po długich rozmowach jednak podszedł do telefonu. I nic się nie stało. Bezpieczna decyzja. Bez konsekwencji w postaci opuszczenia zamku. Ale coś się zmieniło – przynajmniej w mojej głowie. Marcin przestał być tłem.
Na drugim biegunie był Piotr.
Jego uśmiech potrafił wyłączyć czujność. Zdarzało mi się patrzeć na niego za długo, zapominając, że jesteśmy w grze. Mówił mało. Przynajmniej publicznie. W kuluarach próbował budować pierwsze sojusze. Dyskretnie. Po cichutku. To właśnie ta cisza budziła podejrzenia.
To on dostał najwięcej czarnych róż.
Znając już dziś tożsamość pierwszych zdrajców, widzę, jak łatwo Piotr może stać się kozłem ofiarnym przy najbliższych obradach. Wtedy jednak wszystko było mgłą. Najdziwniejsze było to, że nie walczył rozpaczliwie o oczyszczenie się z zarzutów. Jakby czekał. Na błąd innych? Na większą eksplozję? A może po prostu na swój moment.
Sytuacja musi się rozwinąć. Chyba że zamek zdecyduje się na świeżą ofiarę.
Ceremonia róż była najbardziej teatralnym punktem dnia. Słowa ledwo wzlatywały po opuszczeniu klatki z warg, to przez ich ciężar. Pojawiły się deklaracje, pojawiły się pretensje, było czule, żeby za chwilę wybrzmieć miało oskarżenie. Emocje prawdziwe, nawet jeśli motywacje już niekoniecznie.
Białą różę dałem Wioli. Może przez jej poranne poświęcenie. Może dlatego, że w tamtej chwili jej oczy wydawały mi się niezmęczone kłamstwem. Chciałem wierzyć, że są jeszcze w tej grze ludzie, którzy reagują odruchem – to byłoby tak organicznie mi potrzebne.
Czarną różę wręczyłem Maciejowi.
Tylko on i ja wiedzieliśmy dlaczego. To była inwestycja. Mały sekret, który może kiedyś zamieni się w przewagę. W tej grze dobrze mieć w rękawie coś więcej niż złudne nadzieję na sprawną intuicję.
Ceremonia łaskawie naznaczyła Igora.
Dziś wiemy, że był zdrajcą. Wtedy mogliśmy jedynie podejrzewać. Szarmancki, zabawny, z pozornie niewinną wadą wymowy, która czyniła go jeszcze bardziej przystępnym. Oczy miał piękne. Ale przy stole, gdy zdjęliśmy opaski, zobaczyłem w nich coś przez ułamek sekundy.
Błysk.
Coś ostrzejszego. Jakby satysfakcja z dobrze odegranej roli.
Pomyślałem wtedy: zdrajca.
Co ciekawe, Igor bronił mnie, gdy inni zaczęli wytykać nieścisłości w moich zachowaniach. Sprytne. Budowanie długu wdzięczności. Próba splecenia naszych historii. To działa na wielu.
Na mnie nie do końca.
Igor potrafi uwodzić. To jego największa siła. I jego największe ryzyko. W tym miejscu, każdy najmniejszy grymas może być narzędziem, zbyt piękny uśmiech prędzej czy później zaczyna razić w szerokie źrenice czujności.
Gra toczy się dalej.
Noc w zamku ma inną gęstość. Korytarze cichną, ale to nie jest spokojna cisza. To cisza przed ruchem. Przed decyzją podjętą poza nami. Idziemy spać, choć wiemy, że gdzieś zapada wyrok. Że zdrajcy nie śpią. Że ktoś tej nocy przestanie być bohaterem dalszych kart tej opowieści.
Spróbujcie zasnąć z taką świadomością.
Ja spróbuję.
Wrócę za tydzień. Opowiem o zabitych i wygnanych. O przeprawie przez wodę, o poświęceniu ludzi dla ludzi – i przez ludzi. O tym, jak łatwo w imię zasad zrzuca się kogoś z łodzi.
Dziś to tyle. Następne karty pamiętnika, będą rozjaśniały Wam mrok zamkowych intryg. Wszystko w swoim czasie.

