
Sobota, 13.12.2025. Zimno. Nie wiem która jest dokładnie godzina.
Nie będzie chronologii, sram na oś czasu. Mam łzy w oczach, gule w gardle. Generalnie chujowo. Wróciła ta cholerna ochota. Ja pierdolę, dostrzegam w tym nostalgię, w tym żałosnym wspomnieniu najebania.
Myśl jest wyraźna – to fizyczna chęć napicia się. W głowie zaczyna się kuszenie: weź to zakończ.
Idę z AA i czuję się jak oszust we własnym życiu. Trzeźwy, ale bez mojej zgody. Obecny, ale bez sensu. Myślę: kurwa, to chyba nie jest moje życie, tylko jakaś jego nieprzyjęta mutacja, wersja po zmianach, której nikt nie testował.
Warszawskie AA jest warszawskie: ludzie mówią poprawnie, cierpią estetycznie, nikt się nie rozkleja spontanicznie, tutaj także rozpierdol musi przybrać ogólnie akceptowalną formę. Wychodzę stamtąd i wcale nie czuję ulgi. Czuję głód. Alkohol wraca w myślach – ten skurwiel zna wszystkie moje słabości i dokładnie wie, co powiedzieć, żebym poczuł się zerem bez niego w ustach. Że życie jest nie takie. Że ja jestem nie taki. Że bez procentów to ja jestem najbardziej żałosną wersją siebie.
Jest mi ze sobą źle. Źle w tym życiu, w tym ciele, w tej głowie, która pamięta za dużo i jednocześnie niczego nie potrafi wyciszyć. Trzeźwość nie jest teraz żadnym zbawieniem – tłumaczę ją w tym konkretnym momencie jako pewien obowiązek. Codzienny, wkurwiający wybór, który teraz nie daje euforii, tylko zapobiega katastrofie. To podobno ma wystarczyć.
Najgorsze jest to, że ja już wiem, dokąd prowadzi picie. Nie mogę udawać niewiedzy, nie mam złudzeń. Jest czysta decyzja: albo znieczulenie, albo ten ból na trzeźwo – do końca, bez skrótów. I dziś, wracając z AA, naprawdę chciałem wybrać znieczulenie. Nie wybrałem. Nie dlatego, że jestem silny. Ja kurewsko mocno nie chcę kolejnego dna, które będzie wyglądało niewyobrażalnie obrzydliwiej niż poprzednie.
Mężczyzna na wózku. Nie ma jednej nogi, nie ma też jednej ręki. Zatrzymały go schody – dla niego to pewnie pierdolona drabina do piekieł, nie do pokonania. Pytam mężczyznę, czy mogę pomóc. Odpowiada, że nikt o to nie pytał od dawna. Mówi, że zawróci,
„bo tam w nocy jest zimno”.
Mężczyzna jest bezdomny. Zaproponowałem, że mogę zadzwonić po jakąś pomoc i transport do jakiegoś schroniska. Nie otrzymuję od niego zgody, ale proszę go, żeby uważał na siebie. W portfelu szukam jakichś pieniędzy, wręczam mu 50 zł. Nie wiem dlaczego. Nie prosił mnie o to, ale niepewnie wyciąga dłoń. Zaciska banknot. Słyszę od niego:
„Obiecuję panu, że nie przechleję”.
Nie wiem, kiedy mężczyzna znikł, nie wiem, kiedy ja się odwróciłem i poszedłem w swoją stronę. Obiecałem, że też nie zachleję – sobie, ale jemu chyba też. Ten facet uratował moją trzeźwość. Moja słabość ustąpiła. Nie wiem, co to było, ale ja nazywać to będę cudem.
Jestem zmęczony sobą. Jestem wkurwiony na swoje życie. I też po części dlatego dziś nie piję. „Teraz” jest bez nadziei, „teraz” jest tylko prawdziwe. Nie napiłem się. Może to jest odrobina tej dojrzałości we mnie, która sprowokuje pogodę ducha? Będzie dobrze. Musi być – no i chuj, no i cześć.
Czwartek, grudzień, dzień 11. Godzina 06:22.
Na zewnątrz zimno.
Mam trzydzieści pięć lat. Za chwilę trzydzieści sześć. Luty czai się już za rogiem – jebaniec mi nie odpuści. Cholera, okazuje się, że to nie są już „prawie czterdzieści”, jak kiedyś straszyli ci niegdysiejsi „starzy”, tylko bardzo konkretna liczba. I nie siedzi mi ona – za chuja nie siedzi. Owszem, oddycham, ale płycej. Jakbym nagle zrozumiał, że powietrze też jest w pewien sposób limitowane.
Dorosłość w Polsce nie powinna być kojarzona z żadną uroczystością przejścia. Nie powinno być fanfarów. Zasadniej jest pojąć, że to trzask – coś jak pękająca szyba podczas już nigdy niekończącej się zimy. Lepiej dla ciebie, gdy zrozumiesz, że przez to pęknięcie będzie teraz wlatywał przeciąg , do końca twojego bytowania tutaj.
Dorastaliśmy w beztrosce, która była beztroską tylko z nazwy. Biegaliśmy po podwórkach między trzepakiem a pierwszymi złamaniami serca. Piliśmy tanie alkohole na ławkach i wierzyliśmy, że to już dorosłość, że skoro można legalnie kupić piwerko, to znaczy, że świat oddał nam stery. A to była tylko iluzja – kartonowa korona, która rozmiękała od pierwszego deszczu. Kondycyjna, wielka pizda z tego, co sobie wyobrażaliśmy.
Dorastanie było ruchem. Czasem biegiem, nierzadko potknięciem, ale zawsze coś pchało ten wózek obłędu do przodu. Dojrzewanie przyszło później. Wtedy nastąpiła bolesna zmiana kursu.
Dorastanie to upływający czas. Dojrzewanie to już przeżywanie życia. Różnica jest jak między zegarem a blizną po walce. Jedno tylko odmierza, drugie zostaje z tobą na zawsze.
Dorosłość na tej naszej ziemskiej peryferii to najczęściej polecenie zapłaty raty, zmęczone oczy, żartobliwe narzekanie na kolana i powtarzane w kółko zdanie:
„kiedyś to było”.
Dorosłość w Polsce nie przybiera formy inicjacji – ma raczej strukturę powolnego osuwiska. Zaczyna się niewinnie: etat, rachunki, może dziecko, może rozwód. A potem orientujesz się, że już jesteś po tej stronie lustra, z której młodość wygląda jak obcy kontynent, do którego nie da się wrócić. Nie ma tam, kurwa, wizy turystycznej.
Mówiłem wam już, że jednym z moich kolosalnie popierdolonych lęków jest śmierć. Szukam od pewnego czasu, z niegasnącym zapałem, wiedzy o reinkarnacji – coś sobie upierdoliłem, może dla naiwnej, ale jednak trochę kojącej nadziei. Wiecie też ode mnie, że ostatnie 20 lat życia, jak kiedyś zresztą napisałem, przepierdoliłem na głupoty. Dużo w nich było chlania. Nie wiem, ile mi jeszcze zostało tego życia. Ale ono mija i czuję się z tym kurewsko nie fair.
Chcę cofnąć się do lat młodości, tej szczeniackiej, kiedy byłem trzpiotką. Kiedy zaczynałem siebie odkrywać. Chcę się cofnąć, ale oczywiście z patentem – z tą wygodnicką wiedzą, która pozwoli mi iść na łatwiznę i nie spierdolić tego, co spierdolone. Głupie. Wiem, że ciosał mnie ten świat i ciosać będzie dalej z tego drewna doświadczeń, pomyłek, wniosków i całego gówna, które potocznie nazywamy codziennością – trzeba się z tym pogodzić. Noszę to w sobie jak morał na temblaku – skręcony staw świadomości. Odnawialny, kontuzjowany sen na jawie.
Nie pierdolmy kocopołów, że nie chcielibyśmy wszyscy takiego patentu. Cofnąć się z pakietem aktualizacji. Nie po to, żeby być mądrzejszymi – tylko żeby mniej rozpierdalać po drodze. Ale czas nie działa jak plik do odzyskania z kosza. Czas spala i idzie dalej. Przygnębiające, tym bardziej że tak oczywiste.
I tu dochodzimy do tej rozpadliny między dorosłością a dojrzałością.
Dorosłość przychodzi bez pytania. Dojrzałość – jeśli w ogóle – przychodzi po długim oporze. Dorosłość to wiek. Dojrzałość to zgoda na to, że nie wszystko da się cofnąć, naprawić ani nawet dobrze nazwać.
Czy trzeba dorosnąć, żeby dojrzeć? Niekoniecznie. Znam ludzi starych jak spróchniałe belki, którzy nigdy nie doszli do środka siebie. I takich, którzy dojrzałość złapali jak gorączkę jeszcze przed trzydziestką – po śmierci kogoś bliskiego, po rozwodzie, po dnie, które miało betonowe dno pod jeszcze jednym betonem. Dojrzałość nie może mieć metryki. Ma wysoką temperaturę wrzenia i wrażenia, które rezonują z tym, co aktualnie procesujemy.
Dojrzewa się wtedy, kiedy przestajesz uciekać od konsekwencji. Kiedy zamiast „świat jest pojebany” zaczynasz dodawać: „a ja w nim nie jestem bez winy”. Kiedy zaczynasz widzieć, że twoje lęki nie są już tylko twoje – że przenosisz je na innych jak chorobę zakaźną. Kiedy pierwszy raz naprawdę kogoś nie ratujesz dla własnego dobrostanu egocentrycznej rezerwy, tylko dlatego, że już wiesz, jak trudna i zjebana jest bezradność.
Najpiękniejsze w tym całym procesie jest chyba to, że dojrzewanie nie zabija w tobie dziecka. Ono je przestawia. Z centrum na margines, ale nadal zostawia przy życiu. Dziecko w tobie przestaje być kierowcą, a staje się pasażerem. Patrzy przez okno, czasem płacze, czasem się śmieje na widok rzeczy, które dorosłemu już umykają. I to jest uczciwy układ.
Cała nasza beztroska nie musi wcale zniknąć. Wystarczy tylko, że zmieni adres korespondencyjny. Kiedyś była zuchwała i wszędobylska. Teraz pojawia się punktowo. W krótkich błyskach: w zapachu ciasta, które kojarzy ci się z babciną izbą; w śmiechu kogoś, kogo kochasz nadal, po wielkich kłótniach; w chwili ciszy po burzy w głowie. Jest rzadsza. I przez to bardziej intensywna. Coś jak narkotyk niewinności – fajnie to brzmi.
Dorosłość to odpowiedzialność. Dojrzałość to umiejętność jej uniesienia bez głośnego, populistycznego patosu i bez użalania się nad sobą do krwi.
Dorosłość mówi:
„musisz”.
Dojrzałość odpowiada:
„chcę, pomimo wszystko”.
Przyjaciel powiedział mi kiedyś, że dorosłość to moment, w którym przestajesz wierzyć, że ktoś jeszcze przyjdzie i cię uratuje. Dojrzałość zaczyna się wtedy, kiedy nie masz już pretensji, że nikt nie przyszedł. I w tym sensie dojrzewanie jest jednym z najbardziej brutalnych, ale i najbardziej czułych procesów, jakie może przejść człowiek.
Patrzę wstecz i widzę chłopaka, który myślał, że wszystko przed nim, że czas jest niewyczerpalny jak woda z kranu. Nie zakręcał kranu. Lało się strumieniem. Alkohol, noc, iluzje, tymczasowe miłości, wieczne jutro. Dziś już wiem, że jutro nie jest nieskończone. Jest reglamentowane.
Czuję, jak dni przeciskają się przez palce szybciej niż kiedyś. Jakby świat przyspieszył tylko dla mnie, a ja nie zdążyłem się spakować ani zmienić majtek.
Ale w tym wszystkim jest też coś pięknego. Nieskromnie pięknego. Jest wiedza, że każde „teraz” jest jedynym takim „teraz”. Że już nie da się żyć na sucho, próbnie, roboczo. Każda chwila kosztuje. I przez to nabiera wagi.
Dojrzałość to moment, kiedy przestajesz traktować życie bez intencji. Teraz robię wszystko, żeby ładnie pożyć – ładnie znaczy czule wobec ciebie, i niej, i jego też.
Nie wiem, ile jeszcze przede mną. Wiem tylko, że już nie chcę żyć w trybie przeciągu między jednym a drugim kacem istnienia. Chcę być obecny. Nawet w strachu przed śmiercią, która czai się gdzieś między wierszami tej książki o mnie.
Dorosłość mnie znalazła. Dojrzałość – jeszcze mnie szuka. Ale dziś, na tym etapie, mogę jej wreszcie powiedzieć: daj mi chwilę, bez odwracania głowy i ściszania głosu.
I może właśnie to jest jej definicja? Nie wiem.
Na pewno nie wiek. Nie doświadczenie. Nie liczba błędów. Na pewno gotowość, żeby już nie uciekać. Ależ to pojebanie dobrze mi robi.
12.12.2025 – nadal.
Czy w Polsce wiecznie wieje? Wiatr zmian, wiatr odnowy, wiatr z dupy. Wietrznie – nie można się z tym nie zgodzić. To znaczy można, ale to mój tekst.
Dobra, czy prócz wiatru jest coś jeszcze? Bo w teorii chyba powinniśmy mieć pogodę ducha. Ale u nas praktyka często wygląda tak, że nad krajem od dekad wisiał jeden stały front: zachmurzenie duże z przejaśnieniami tylko na weselach; na pogrzebach różnie, zależy – kurwa, nie brnijmy w to.
Pogoda ducha w Polsce zawsze była niemile widziana. Nazbyt spokojne usposobienie nakazuje zapytać, czy coś bierzesz i jaka dawka jest śmiertelna. Radość bez solidnego zaplecza sukcesów, pieniędzy albo ciupciania poza małżeńskim łożem z miejsca budzi nieufność. Całe szczęście mamy smutek – on jest bardziej swojski. Smutek rozumiemy. Spokojnie może mieć u większości z nas meldunek stały.
Towarzyszy mi pewna myśl: życie to raczej zadanie do odrobienia niż przyjemność do przeżycia. Najpierw szkoła, potem praca, potem
„jakoś to będzie”.
Pogodny vibe pojawia się jako coś w rodzaju luksusowego dodatku, na który trzeba sobie zasłużyć zmęczeniem, troską, przeżyciem już ogromu wszystkiego. Cholernie to niepogodne. Jak już będę się zawijać z tego życia, to odsapnę i będzie mi dane się szczerze pouśmiechać tą resztką sił, która może ze mną zostanie?
Chyba jest tak, że lubimy swoje emocje trzymać na niskim ciśnieniu. Jak jest dobrze, to mówimy:
„nie chwal dnia przed zachodem”.
Jak jest źle –
„inni mają gorzej”.
W efekcie najczęstszym stanem emocjonalnym Polaka jest pokorna rezygnacja. Łatwo nam się godzić z rolą przegrywa, trudno cieszyć się ze zwycięstw – będą nam zapamiętane i wypomniane.
Ja pierdolę, przeszłość nauczyła nas bardziej trwać niż żyć. Pewna grupa uprzywilejowanych, uważających się za kanonicznych mentorów prawd szczególnie mętnych (sorry, ale tak czuję) próbuje wpierdolić nas w posługę bardziej znoszącą niż dającą odczuwać. No i kapitalizm – ten jebaniec – nauczył nas bardziej zapierdalać niż odpoczywać. W takim ekosystemie zdrowy duch jest organizmem rzadkim, niemal chronionym.
A jednak ona gdzieś istnieje. Nie jako wielkie
„jestem szczęśliwy”,
tylko jako drobne poczucie, że bywa lżej. Cudownościowy nastrój to nie całkowity brak problemów – wtedy to raczej zgon. Chodzi o umiejętność niebrania ich wszystkich naraz na kark. To moment, w którym wiesz, że świat jest silnie popierdolony, a ty razem z nim, ale mimo to idziesz na spacer, robisz sobie kakao, dzwonisz do kogoś, kogo lubisz, i tak pieprzycie sobie – i to dobrze.
Dla mnie punkt zwrotny przyszedł z miejsc, które wcale nie pachną radością: z terapii uzależnień i z mitycznego już dla niektórych AA. Tam nikt nie mówił o szczęściu. Mówili raczej:
„dziś nie piję”, „dziś nie uciekam”, „dziś spróbuję być uczciwy wobec siebie”.
I to dziwnym trafem zaczęło działać jak najprostszy regulator. AA pomogło mi przestać się topić, terapia nauczyła mnie pływać. I nagle się okazało, że spokój odbywa się naturalnie, bez udziału fajerwerków. To jest napięcie mięśni, które wreszcie nie drżą. To jest stanie na prostych kolanach. Bywa naprawdę zajebiście.
Dziś wiem, że w Polsce ta błogość nie przychodzi z nieba, tylko z wysiłku. Z rozmowy. Z przyznania, że nie daję rady. Z odstawienia rzeczy, które mitologizowałem, że mnie ratują, a tylko mnie zjadały. I – paradoksalnie – z pozwolenia sobie na odrobinę beztroski. Tej dorosłej, skromnej, bezgłośnej.
Prognozy dla nas są więc takie sobie. Nadal będzie wiało. Nadal będzie okresami szaro i ciężko. Ale gdzieś między tym wszystkim pojawią się przejaśnienia.
Zmieniło się we mnie to, że nie próbuję wywoływać dobrostanu we mnie alkoholem. Teraz robię to Milky Wayem, rozmową i terapią. I – co zabawne, bo jeszcze pół roku temu nie do pomyślenia dla mnie – ta druga metoda ma znacznie lepszą skuteczność. Pokusy wracają. Ale kac już zdecydowanie nigdy. Oby tak dalej.
Dziękuję, że jesteś ![]()
Paweł Sobierajski

