
Środa. Pierwszy dzień nowego 2026 roku. Jestem wyspany, trzeźwy, bez kaca i żalu do świata. Godzina 07:51.
Postanowienia noworoczne to najbardziej romantyczna i jednocześnie najbardziej niehumanitarna forma autooszustwa, jaką wymyślił człowiek, odkąd wynalazł kalendarz. To jest ten moment, kiedy mówisz głośno: „od jutra będzie zajebiście”, a potem – standard. Przykrywasz to zdanie prześcieradłem, jakby już urodziło się martwe i idziesz zrobić sobie drinka z wódki i szklanki. Nic więcej nie potrzeba.
Nowy Rok to święto ludzi, którzy wierzą, że data ma sprawczość. Że cyfra potrafi zrobić za nich robotę, której oni sami nie zrobili przez cały jebany rok.
31 grudnia – rozpierdol.
1 stycznia – ten sam syf. Tylko bardziej ambitny –
i przez to jeszcze bardziej żałosny.
Postanowienia nie biorą się z siły. One biorą się z braku. Z poczucia, że coś jest chujowe. tylko nie bardzo wiadomo co. I wtedy zamiast dotknąć źródła, łapiemy się czegokolwiek, co da się zmierzyć, zważyć i ekspresowo odhaczyć.
„Schudnę.” „Zacznę biegać.” „Rzucę palenie.” „Zrobię remont łazienki.”
Czyli: zrobię coś policzalnego, żeby nie dotykać prawdziwego gówna. Bo prawdziwe gówno jest nieestetyczne, śmierdzi i za cholerę nie chcesz przyznać że to efekt twojego życio-procesu trawiennego.
Kurwa my nie chcemy zmiany. My chcemy ulgi. Szybkiej. Czystej. Takiej, która zmieści się w czasie dla insta stories. Serduszko, polubionko, wyjebka.
Noworoczne postanowienia to flirt z własnym życiem, który nigdy nie kończy się ruchankiem, bo zawsze kończy się wymówką. Dużo obietnic, trochę śmiechu, a potem każdy wraca do siebie z ulgą, że w sumie dobrze, że się nie wydarzyło. Ten flirt jest smutny, bo nie ma w nim uczucia. Jest tylko arytmetyka: ile muszę zmienić z wierzchu, żeby wyglądało, że zmieniłem się w środku.
Postanowienia są po to, żebyśmy mogli sobie powiedzieć: „próbowałem”. Nie po to, żeby coś zmienić. Robimy to wszystko dla alibi.
Plan zmian jest zawsze odroczony. Zaczynamy od euforii, potem są drobne sukcesy, a kończymy w marcu, kiedy orientujemy się, że znowu żyjemy dokładnie tak samo. Tylko teraz doszedł jeszcze wstyd. I to uczucie, że coś się w nas pierdoli.
Postanowienia to upiorny koszmarek całego roku.
Siedzą gdzieś z tyłu głowy, i po cichutku napierdalają: „miałeś być kimś innym, pamiętasz?” Pamiętam.
Ja pierdolę.
Wtedy pojawia się to zdanie – arcypolskie, domowe, świętsze w przekazie od peregrynacji:
„Nie ruszaj. To na wtedy, kiedy znowu będzie powód.”
Czyli: nie teraz. Jeszcze nie. Jeszcze jeden kryzys. Jeszcze jeden styczeń.
Problem z postanowieniami polega na tym, że one nigdy nie dotykają sedna. Nie da się zapisać w kalendarzu:
„przestanę się sobą brzydzić”.
Nie wyszczególnisz i nie ustawisz przypomnienia na:
„pogodzę się z tym, że moje życie wygląda inaczej, niż miało”.
Dlatego kręcimy się wokół drobiazgów: diet, planów, poradników pisanych przez ludzi, którzy mylą motywację z przemocą. Łykamy narracje zamiast podejmować decyzje.
Postanowienia są też śmieszne. Składamy je z miną generała, który właśnie planuje ofensywę, a polegamy na pierwszym weekendzie, kiedy jest zimno, mokro i nie chce się wstawać z cieplusiego wyrka. Przychodzi wtedy moment, w którym okazuje, że ta „nowa wersja mnie” jest niemal identyczna jak stara – tylko bardziej rozczarowana. Więcej w niej wkurwienia. Mniej nadziei. Zero czułości.
A bez czułości nic nie działa. Bez czułości nie ma zmiany. Jest tylko tłuczenie siebie aż do skutku. Aż się zobojętnisz.
I teraz moment, do którego nie powinno się przecież przyznawać, ale ja lubię wykonać osobistego fikołka z ckliwym finiszem.
Ja też składałem te postanowienia. Siedziałem kiedyś 1 stycznia na podłodze w kuchni, w tych samych gaciach co dzień wcześniej, z szklanką wódy, której nie chciało mi się już dopijać ale mechanizm uzależnienia powodował, że robiłem to na siłę i patrzyłem w ścianę. Lista była gotowa. Ambitna. Rozpisana. I pamiętam dokładnie to uczucie. Pogardę. Myślałem:
„tym razem się ogarniesz, bo inaczej już naprawdę nie będzie z ciebie nic”.
Składałem te postanowienia, a potem nienawidziłem się jeszcze bardziej, kiedy znowu nie wyszło.
Dziś wiem, że nie byłem słaby. Byłem dla siebie diabolicznie okrutny.
Prawda, której nie chcemy przyjąć, jest banalna:
postanowienia nie działają, bo nie wynikają z miłości do siebie, tylko z pogardy. Z przekonania, że obecna wersja jest do poprawki, a jeśli się nie poprawi – to do wyjebania. Z pogardy nie rodzi się nic trwałego. Z pogardy rodzi się przemoc.
Może więc w tym roku warto nie składać żadnych postanowień. Nie robić kolejnej listy. Nie liczyć na datę. Może warto przyznać na głos, że problemem nie jest brak silnej woli, tylko brak uczciwego, czułego powodu. Dopóki powodem będzie nienawiść do siebie, będziemy kręcić się w kółko. Zmęczeni.
Coraz bardziej kurwa zmęczeni.
Nie żyjemy życiem, które wybraliśmy. Żyjemy takim, które nam się przydarzyło.
Czwartek. Już 2 stycznia, godzina 11:19. Chłodno, idę na kawę.
Jest taki moment, bardzo wczesny, kiedy dziecko jeszcze nie wie, czym jest świat, ale już wie, że coś jest z nim nie tak. Nikt mu tego nie mówi wprost, ani nie śpiewa jak kołysanki stymulującej. Na początku wszystko jest subtelne: pochwała, potem jej brak. Uśmiech. Groźna brew. Nagle kurwa odkrywasz, że cisza boli bardziej niż darcie mordy. Że brak reakcji to kara doskonała. Wtedy pojawia się myśl, która zostaje i towarzyszy przez resztę życia: może nie zasłużyłem.
Tak rodzi się zasługiwanie. Automat – taki jak z przekąskami – do którego wrzucasz wysiłek i czekasz na akceptację. Czasem nic nie wypada. Myślisz więc, że wrzuciłeś za mało.
Sekularyzacja miała nas wyzwolić z winy, a zostawiła remanent. Bóg zniknął, ale grzech pierworodny został.
Zasługiwanie jest wygodne, bo porządkuje świat.
Dzieli ludzi na tych, co się starają, i tych, co „szukają wymówek”. Myślę, że człowiek wychowany w zasługiwaniu nigdy nie odpoczywa. Nawet leżąc, coś odrabia. Gdy kocha to coś sprawdza. Nieprzerwanie czuje się dłużny.
I dlatego noworoczne postanowienia są tylko kolejnym rytuałem tej samej religii. Jeszcze jedna próba zasłużenia. Jeszcze jedna obietnica, że się poprawię. Jeszcze jedno kłamstwo.
Najbardziej radykalna myśl, z jaką dziś mogę zakończyć ten Bzdurnopis, brzmi: nie musisz zasługiwać na to, że jesteś.
Bo jesteś.Będę Ci to powtarzał do skutku.
Jesteś potrzebny. Dziękuję za Ciebie światu.
Paweł Sobierajski

