
Wkurwia mnie Trump – nic nadzwyczajnego. Ale myślę, że to uczciwe rozpoczęcie tego co chce dalej napisać. Donald Trump wkurwia mnie totalnie.
Typ chce mieć Grenlandię – i chuj, kurtyna.
Jego zachcianki to też kobiety, wieżowce, nazwisko na złotej tabliczce i bezdzietność – ta akurat musiałaby być wsteczna. Dzieci już istniejące, widuje rzadziej niż moje poślady biegunkę.
Wróćmy do Grenlandii. W tej zachłannej pato-deweloperce, świat który widzi Trump jest jak plansza Monopoly. Zamiast „idź do więzienia” ma pole „wypierdalać” – które działa na wszystkich, tylko nie jego samego.
Grenlandia w ryżej makówce Donalda jest białą plamą do zabudowy. Lód się roztopi. Ludzie się w nim utopią, Suwerenność wyblaknie w rudym słońcu majestatu amerykańskiego przywódcy. Po problemie. Trump rozumie państwa jako działki. Przez to „wspólne” przepisuje bez drgnięcia ręki jako „własne”. Cały jego świat jest do kupienia, albo przejęcia. Kula ziemska powinna być kurwa sygnowana inicjałami „D.T”. Protestują tylko idioci – a tych trzeba zdmuchnąć z planszy, bo psują zabawę. Grenlandia jest więc logiczna. Oczywiście nie jako terytorium, tylko jako fantazja posiadania. Wprost idealna dla kolesia, który całe życie myśli, że mu wolno – zasada maksimum przyjemności i zero konsekwencji.
Prezydentura Trumpa to trwający proces grabieży, który odbywa się na oczach kamer. Codzienne podważanie wyborów, sądów, faktów, sensu, instytucji – w końcu nastąpi sprzeciw wobec naturalnego porządku w kosmosie. Ameryka została przetransformowana w reality show. Konstytucja to co najwyżej lokowanie produktu. Trumpowi doskonale wychodzi zarządzanie wkurwem. Każdy konflikt jest paliwem, dlatego inwestuje w prowokacje i zaognia kolejne sytuacje maksymalizując chaos. To prezydentura człowieka, który nigdy nie dojrzeje, jedynie urośnie.
Wystarczy jednak spojrzeć na jego życie prywatne, żeby zrozumieć bardzo wiele – bo wszystkiego nie obejmie zdrowy rozum. Ojcostwo u Trumpa to formalność – wpis w rubryce. Dzieci są jak linie produktowe, branding wielkiego nazwiska. Bliskości zero, relacji brak, jest dystans i umowa. Małżeństwa to transakcje, w których kobiety służą do dekoracji. Związki u Trumpa kończą się tak samo jak kontrakty – gdy przestają się opłacać albo gdy zaczynają mówić. To człowiek, który nie umie być z nikim, więc próbuje być nad wszystkimi.
I Grenlandia zajebiście go podnieca. Gra niedostępną – idealny obiekt pożądania dla wielkiego narcyza
Trump nie oszalał w Białym Domu. Tam po prostu dostał mikrofon i władzę. Cała reszta była już w nim od dawna. Trump ma w sobie nieprzebrane złoża pogardy, infantylizmu, obsesji dominacji i to butne przekonanie, że świat mu się należy, bo ma pieniądze i głośną mordę. Grenlandia nie jest wyjątkiem. Skoro ten szaleniec całe życie traktował ludzi jak meble, kobiety jak dodatki, i prawda mu zawsze przesadzała, to skąd pomysł, że nagle zacznie szanować narody?
Nadszedł czas na europejski przypis do tej patologii, bo takie figury zawsze produkują lokalnych fanów. W tym miejscu pojawia się Karol Nawrocki – po brzegi w zachwycie, ustawiony nieco niżej, bliżej buta. Przy Donadzie Trumpie, Nawrocki wygląda jak kurwa przy gangsterze. Ależ on jest zahipnotyzowany, gotów do loda, byle być blisko tej monstrualnej władzy. Trump go inspiruje, bo udowadnia, że prymitywizm można zalegalizować. Nawrocki obserwuje, że brak wstydu można przekuć w siłę, a wrzaskiem zastąpić myślenie. To chłopięco nawiane marzenie drobnego autorytarysty, że nie trzeba być mądrym ani uczciwym, wystarczy być bezczelnym i nigdy się nie tłumaczyć.
I jak zawsze w takich popierdolonych historiach, w tle czai się Władimir Putin. Oczywiście nie jako oficjalny idol, tylko jako cichy, może nawet trochę wstydliwy mokry sen. Trumpowi nie można odmówić wielobarwności, głośności i telewizyjnego
magnetyzmu. Putin to już wersja tylko docelowa. Króluje tu bezkresna cisza i strach Podczas gdy Trump pajacuje, Putin zabija. Obu łączy pogarda dla słabszych, czyli dla całej światowej demokracji. Nawrocki patrzy na nich jak uczeń na mistrzów rzemiosła. Pragnie nauczyć się fachu rozmontowania państwa nie brudząc sobie przy tym rąk.
Myślę, że ta fascynacja nie jest wcale przypadkowa. To linia ciągła: od Trumpa, który chce Grenlandii jak działki. przez Putina, który chce państw jak stref wpływów, aż po lokalnych wykonawców, którzy marzą, żeby choć przez chwilę poczuć smak tej samej bezkarności. Grenlandia jest tu tylko przykrym symbolem świata, który dla tych ludzi nie ma mieszkańców, tylko zasoby.
Imperium musi być jedynie wydmuszką. Cała ta opowieść o wielkości ma swój kres w tchórzliwym cofnięciu ręki – ale niestety to wszystko zamyka się z kończącym ten tekst „jak do tej pory” – jest się kogo bać i ja się boję.
Paweł Sobierajski

