Dziwnie jest starzeć się po trzydziestce. Nagle czas zapierdala szybciej i już tracisz ten uroczy margines bezkarnego marnotrawstwa. Każdy rok już coś waży. Dzisiaj mam trzydzieści sześć lat. Mogę już mówić, że jestem przed czterdziestką i to brzmi poważnie, nawet jeśli dalej mam bałagan – mam rozpierdol totalny.
Pierwsze urodziny na trzeźwo. I to jest jakiś sukces, choć trochę wstyd mówić o tym jak o sukcesie, bo dla wielu ludzi to normalne życie – bywa.
Powtarzam to, bo to ważne: przepierdoliłem dużo czasu. Alkohol był wszędzie. Piłem i jednocześnie funkcjonowałem, pracowałem, gadałem z ludźmi, robiłem rzeczy, które z zewnątrz wyglądały naprawdę dobrze. Ale to picie brało się z tego, że cały czas czułem się niewystarczający. Jakby czegoś mi brakowało. Jakbym był źle dopasowany do świata, do ludzi i czułem to w każdej, powtórzę dla pewności, w każdej sytuacji.
Pierwszy raz pomyślałem o śmierci, mając trzynaście lat. O swojej śmierci. Pojawiła się myśl o samobójstwie, która przyszła i została. Coś próbowałem, nieudolnie, bardziej dziecinnie niż naprawdę, ale myśli były konkretne.
Wtedy już wiedziałem, że jestem gejem. Patrzyłem na chłopaków w szatni, wracały do mnie ich obrazy. Nie dziewczyny. Wtedy wszystko było trudniejsze – porno płatne, oglądało się jakieś urywki. W wieku czternastu lat był pierwszy raz. On był dużo starszy. W pewnym momencie ja już nie chciałem, ale on chciał i to się po prostu stało. Bardzo długo nie rozumiałem, co to dla mnie znaczyło. Bałem się. Bałem się siebie i tego, kim jestem. Najbardziej jednak tego, w co mogę ewoluować.
Wtedy zacząłem pić. Zacząłem też kłamać. Wymyślałem lepszą wersję swojego życia, bo prawdziwa wydawała się za słaba i za brzydka, żeby ją pokazywać. Łatwo wejść w takie kłamstwa, trudniej z nich wyjść. Jako dorosły facet ciężko powiedzieć, że miałeś gówno zamiast domu. Że nie wiesz, jak wygląda normalna miłość. Że chciałbyś mieć rodziców, którzy naprawdę potrafią być obok i być dumni. Piłem coraz więcej.
Studia w Krakowie. Pierwsza miłość do faceta. Prawdziwa, odwzajemniona. I wszystko spierdoliłem. Nie umiałem być w relacji. Nie umiałem traktować kogoś dobrze, bo sam siebie nie umiałem. Uciekł. Dobrze dla niego. Może dalej mnie nienawidzi, może nie. Ma do tego prawo.
Potem Łódź. Imprezy mocniejsze, ciągi dłuższe. Kilka dni wyjętych z życia – porządnie wypierdalałem się z kontaktu. Seks bez znaczenia. Dużo przypadkowych ludzi. Siedziałem na cudzych kutasach i liczyłem, że któryś mnie pokocha – nierzadko byli bezimienni. Nic się nie zmieniało. Nadal nie wiedziałem, czym jest miłość, ale dalej jej chciałem. Desperacko.
Traciłem kontrolę. Wybuchałem. Poznałem młodego chłopaka i zrobiłem z niego miejsce do rozładowywania własnych rozkurwień. Kiedy odszedł, wszystko się rozsypało. Stałem i patrzyłem. Znowu byłem tym trzynastolatkiem. Myśli wróciły, ale na myślach się skończyło.
Był też Pan D. Relacja oparta na wzajemnym niszczeniu się. Dużo przemocy, dużo gówna. Nie ma czego wspominać. Wtedy przyszła diagnoza. Szpital. Tabletki popite wódką. Pamiętam malinową Soplicę – pół litra. Przeżyłem. Uratował mnie pies. Mój mały buldożek. Mój Tarantino.
Diagnoza – borderline. Doznałem ulgi. Serio. Nareszcie ktoś nazwał to, co się ze mną dzieje.
Piłem dalej. Alkohol tłumił wszystko. Myśli robiły się gładsze – dobrze było zasklepić chropowatości w mojej głowie. Nie chciałem żyć, ale też nie próbowałem tego kończyć. Raczej byłem obok wszystkiego. Funkcjonowałem, ale bez przekonania.
Dzisiaj się tu zatrzymuję. W tym moim zjebanym benefisie. Czas mija i nic z tym nie zrobisz.
Dzisiaj mam urodziny. Trzydzieści sześć lat. Nie jebnąłem sobie w łeb i dalej tu jestem.
Gdybym miał sobie czegoś życzyć, to czasu. Bo wiem, że właśnie jego mam coraz mniej.
Najgorsze jest to, że ten czas nie wróci. Że nie da się go odzyskać ani poprawić. Starzenie to nie jest tylko zmiana ciała. Jest też ta pierdolona świadomość, że pewne rzeczy już się nie wydarzą, bo przespałeś moment, kiedy mogły. Patrzę w lustro i widzę kogoś innego. Twarz bardziej zmęczoną, ciało mniej sprawne, ślady picia i życia, którego nie oszczędzałem.
I jest we mnie rozczarowanie. Nie jakiś wielki dramat – ale ciężar, owszem. Bo kiedyś wydawało się, że wszystko jeszcze zdążę naprawić, że zawsze będzie następny rok, następna szansa, nowe życie. A teraz coraz częściej mam wrażenie, że to już nie jest początek, tylko środek albo nawet dalej. Jebane jutro nie pyta, czy jesteś gotowy. Zabiera kolejne lata i zostawia cię z tym, co zrobiłeś i czego nie zrobiłeś.
Boli mnie to, że dopiero teraz zaczynam rozumieć, jak dużo zwykłych dni zmarnowałem – takich, które mogły być spokojne, normalne, moje – a ja byłem wtedy zajęty separacją od samego siebie.
Wiecie, że też zaczynam myśleć o czasie jak o czymś fizycznym. Tłum mówi, że czas to jakaś tam wielkość. Einstein. Względność. Linia czasu zakrzywia się jak prześcieradło pod grubymi łydkami. Słyszałem o tym. Czytałem nawet jakiś artykuł w jakimś magazynie. Nie zrozumiałem ani słowa, ale brzmiało mądrze, więc uznałem, że może jednak to warte przytoczenia teraz.
Podobno czas zwalnia, kiedy lecisz szybko. Czyli teoretycznie, gdybym całe życie jeździł Pendolino zamiast siedzieć w barze, miałbym teraz może trzydzieści pięć i pół. Naukowo młodszy. Ale nie wiem, czy to tak działa. Może trzeba latać rakietą – ja kursowałem najebany taksówką po imprezie.
Czas w fizyce podobno jest czwartym wymiarem. I ja tego kompletnie nie ogarniam, bo ledwo radzę sobie z trzema. Długość – okej, mam w głowie fiuta. Szerokość – też. Wysokość – no, kumam. Ale czwarty? Gdzie on jest? Czym on jest? Czy jak go dotknę, to cofnę wtorek z 2019 roku i powiem sobie:
„Debilu, nie pij tej kolejki, serio nie warto”?
Podobno czas nie płynie, tylko istnieje cały naraz. Przeszłość, przyszłość, teraźniejszość. Brzmi to jednocześnie genialnie i absolutnie przerażająco, bo jeśli wszystko już istnieje, to znaczy, że gdzieś tam jestem inny, ale ten sam ja, który właśnie odpierdala najgorsze decyzje życia i nie wie, że się dzieje.
A może czas to nie jest linia, tylko taki rozciągnięty kondon. Czasem nowy, czasem zużyty. Mój chyba bywał głównie pęknięty. Śliski, zsuwający się. Jedno pchnięcie i już go nie ma – gratulacje, zjebie, straciłeś dziesięć lat.
Naukowcy pewnie mają na to wzory. Strasznie lubię naukowców, bo oni mówią rzeczy z tą swoją gracją i pewnością, jakby naprawdę wiedzieli. Ja mam wrażenie, że czas jest bardziej jak kot. Przychodzi, kiedy chce. Ucieka, kiedy próbujesz go zatrzymać.
Bardzo mnie to wszystko wkurwia. Fizyka twierdzi, że czas jest obiektywny, mierzalny – sekundy, minuty, lata. A ja mam wrażenie, że jedne wieczory trwały trzy minuty, a inne trzy życia. Że dzieciństwo było nieskończone, a trzydziestka minęła jak mrugnięcie opuchniętej powieki.
Może to dlatego, że czas przyspiesza, kiedy przestajesz czekać na wielkie i nowe. Kiedy wyczerpały się już pierwsze razy. Może to mózg oszczędza miejsce i kompresuje wspomnienia? Nie wiem. Jestem laikiem. Człowiekiem, który ledwo ogarnia siebie, a co dopiero strukturę wszechświata.
Ale lubię myśleć, że gdzieś tam istnieje równanie, które tłumaczy, dlaczego czas czasem jest takim skurwielem. I dlaczego potrafi ciągnąć się bezlitośnie, kiedy cierpimy, a znikać błyskawicznie, gdy jesteśmy szczęśliwi.
Może problem nie w tym, że czas ucieka. Tylko że dopiero teraz zaczynam go zauważać.
Kiedy zaczynam go zauważać, zaczynam też liczyć. Nie liczę lat ani sukcesów, ani nawet porażek. Tylko momenty. Te, których było za mało. Te, które zmarnowałem. I te, które jeszcze – być może – zdołam uratować.
Fizyka jednak czegoś mnie nauczyła – przez przypadek – chyba tego, że wszystko jest względne.
A skoro tak, to może jeszcze nie jest za późno. Kurwa.
Próbuję myśleć o reinkarnacji. O tym, że to nie jest jedyne życie. Że dusza robi rundy i wciąż wraca na ring. Wracamy, żeby się uczyć. To brzmi uczciwie. Prawie matematycznie. Jeśli spierdolisz teraz, poprawisz później. Cierpienie wtedy to może być rachunek z dawnych lat, których nie pamiętasz. Taka księgowość wszechświata. Bez przypadku.
Chciałbym w to wierzyć naprawdę, nie tylko chwilami, kiedy jest ciężko. Bo to daje mi ulgę. Myśl, że nic nie kończy się definitywnie. Że dostanę więcej niż jedną szansę. Kurwa, i ten cały bałagan, który noszę w sobie, nie jest końcem.
Patrzę na ludzi i myślę, że może dlatego jedni od początku są spokojni, a inni rodzą się już zmęczeni. Jakby przyszli tu z jakimś bagażem, którego nie widać. Może dlatego niektórzy boją się rzeczy, które ich nigdy nie spotkały. Może pamięć siedzi głębiej niż mózg. W ciele. W odruchach. W tym, że czasem czujesz znajomość tam, gdzie nie powinno jej być.
Reinkarnacja ma w sobie coś kojącego. Zdejmuje trochę ciężaru z jednego życia. Nie muszę być idealny. Jeszcze będę miał czas. Wrócę tutaj.
Bardzo chciałbym, żeby to była prawda. Żeby śmierć nie była ścianą, tylko drzwiami. Żeby strach, który siedzi głęboko pod skórą, miał jakieś obejście. Żeby to wszystko – błędy, alkohol, złe decyzje, ludzie, których zraniłem – nie było ostateczne. Żeby można było to kiedyś zrozumieć lepiej, zrobić inaczej, dojść do miejsca, w którym nie trzeba już niczego udowadniać.
Ale jednocześnie jestem cholernie podejrzliwy wobec własnej nadziei. Bo łatwo uwierzyć w wiele żyć tylko dlatego, że jedno wydaje się zmarnowane. Łatwo obiecywać, że następnym razem zrobię to lepiej, i przegapić to, które właśnie trwa. Może reinkarnacja jest po prostu mechanizmem obronnym dla tych, którzy czują, że nie zdążyli.
Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Nie mam żadnej pewności. Żadnego światła, objawienia, znaku – pojebany bałagan. Cały ja. Mam potrzebę, żeby świat miał jakiś porządek. W cierpieniu przecież powinien być sens. Sprawiedliwość musi istnieć gdzieś poza ludzkim zasięgiem. Tutaj tak często jej brakuje.
Czasami wyobrażam sobie, że już żyłem. Że gdzieś kiedyś byłem kimś innym – lepszym albo gorszym – i że teraz odrabiam lekcję. Ale wtedy przychodzi trzeźwa myśl: a co, jeśli nie ma żadnych poprzednich ani następnych żyć? Co, jeśli to jedyne rozdanie, jeden stół, jedna partia? Koniec. Bez rewanżu.
Cicho.
Wszystko waży więcej. Każdy dzień. Każda decyzja. Każde zmarnowane popołudnie, które już nigdy nie wróci. Wszystko jest jakby „po trzydziestce”.
Nie wiem, czy wierzę w reinkarnację. Może tylko próbuję. Próbuję wierzyć w coś, co mówi, że jeszcze nie koniec.
Wracam do siebie. Do tego ciała, do tego wieku, do tych wszystkich rzeczy, które zrobiłem i których nie da się odkręcić. I zostaje mi tylko ciężkie, ludzkie poczucie faktu.
Wkurwia mnie ten zmarnowany czas, wkurwiam się sobą. Nic już nie zrobię. Stało się.
Paweł Sobierajski