Siema, cześć, dzień dobry!
Świat jest trochę zepsutą zabawką znalezioną w pewnym fragmencie istnienia wszystkiego. Świat nadal działa, mimo że wydaje z siebie dziwne dźwięki. Od zawsze miałem przeczucie, że coś jest ze mną nie do końca fabrycznie zgodne. Jakby coś we mnie się zgubiło w dzieciństwie i te wszystkie aktualizacje emocjonalne wpierdalały się na krzywo. Za dużo czuję, za długo pamiętam, za bardzo przeżywam rzeczy, które inni zbywają wzruszeniem ramion. Ja wzruszam się cały. Wszystkim. Nie pamiętam, kiedy zmetabolizowałem wielkie słowa. Dziś są dla mnie jakości fast foodu. Takie szybkie, łapczywie konsumowane, z lekkimi wyrzutami, że przecież nie warto. Miłość, sens, wiara w ludzi – wszystko to już zostało przetrawione, rozłożone na fragmenty i zapisane między wierszami. Dlatego dziś najbardziej interesuje mnie czułość. Ta mała, nieheroiczna. Obecność, która nie jest hałaśliwa. Składam się z kontynentów. Smutek jest największy, bo rozległy, mglisty, z długą linią brzegową wspomnień. Radość to jakby archipelag: małe wyspy, na które trafia się przypadkiem i zawsze za krótko. Złość bywa aktywnym wulkanem, a cierpienie – deszczem, który potrafi trwać miesiącami. A jednak to wszystko jakoś działa w jednym organizmie, którym przecież nieustannie jestem, prawda? Moje słowa zamieszkują między ironią a bezradnością, gdzieś na skrzyżowaniu wrażliwości spod znaku: istota czująca. Chwila w bólu egzystencjalnego zmęczenia. Trochę śmiesznie, ale bardziej smutno, momentami nieprzyzwoicie – pierdolę to, taki jestem. Kocham życie. Ale nie „nad życie”. Bez patosu. Bez kurwienia o „pozytywnych wibracjach”. Kocham życie, jak kocha się starą werandę, tę ze wspomnień – nie wiem, skąd je mam. Jest wtedy zima -wieje w twarz, wszystko trochę próchnieje, ale to nadal moje miejsce i cholernie mocno coś mnie do niego przyciąga. Taki jestem.